I.

Jedno życie to za mało. Dwa, trzy – to za mało. Wieczność. To wystarczy. Wieczność, ale nie spędzona w wymiarze transcendentnym, który obiecuje ten czy ów bóg. Po pierwsze: tam z pewnością jest nudno. Co można robić gdy się jest niczym? Wydaje mi się, że nic. Po drugie: nie ma boga. Tego jestem pewien, sprawdziłem. Nie ma duszy – zweryfikowane. Jest tylko białko. I nauka. Tylko ona zaprowadzi mnie tam, dokąd zmierzam. Tylko ona da mi czas.

Interesuje mnie ogólna wieczność, trwanie wszystkiego, w tym czy innym stanie, najlepiej niepogorszonym. Ogólna, czyli nie tylko moja, indywidualna; w końcu żyję w pewnym otoczeniu i chciałbym, marzę, aby ono także trwało. Tak długo, aż nasycę się nim. Tak długo, aż ono nasyci się mną. Tak długo, aż zrobię, aż poczuję, aż doświadczę tak głęboko, że powiem sobie „dość”. Na razie czuję głód.

Mam sto lat.

Mam na imię Tomasz. Symbolicznie. Wszelkie podobieństwo do Tomasza Niewiernego jest jak najbardziej zamierzone. Nie wierzę w nic, czego sam nie sprawdziłem. Muszę włożyć ręce w bok, niczym wątpiący apostoł, muszę dotknąć, nie dotknięte nie istnieje.

Dotknąć potrafię wielu rzeczy. Potrafię zajrzeć w miejsca, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Jestem genetykiem i dane mi jest dotrzeć do samej istoty ludzkiego jestestwa, tak to przynajmniej widzę, że to jest jądro człowieka. Rozplatam helisy, sekwencjonuję, izoluję, analizuję. I jak wspominałem wierzę, że nie ma nic poza białkiem. Nawiasem: mam koszulkę z takim sloganem. Nothing but protein. Nie jesteśmy niczym więcej.

Białko niestety zużywa się. Mówiąc w skrócie. Albo obrazowo: mogę to porównać do stawiania stempli. Po pewnym czasie tusz na pieczątce zużywa się i uzyskana odbitka jest niewyraźna. To samo dzieje się z białkami – czasem replikują się błędnie.

Właśnie to mi się przytrafiło. I jestem z tego powodu mocno wkurwiony.

II.

Trudno nie być wkurwionym. Umieram. A to naprawdę zajebiście irytujące. Nie rozumiem, dlaczego akurat ja.

– Wszyscy umieramy – tłumaczy mi Aurora, moja małżonka. Pierwsza i ostatnia, wszystko na to przynajmniej wskazuje. Jest filozofką i ma takich tekstów na pęczki. Trzeba akceptować życie takim, jakie jest. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą. To, że świat rozlatuje się na kawałki może oznaczać, że te kawałki w końcu trafią na swoje miejsce.

– Nienawidzę twoich tekstów! – odpowiadam jej. Nienawidzę. Pierdolenie. Tym bardziej irytujące, że jako genetyk mogłem sprawdzić, co dzieje się z moim białkiem, ale nie miałem na to czasu. Byłem zajęty skalą makro, a mój mikroświat olałem. Olałem Aurorę, olałem Karolinę, olałem w końcu siebie.

– Trudno się mówi, żyje się dalej – odpowiada na to Aurora. Każę jej wyjść z mojego pokoju, bo nie mogę na nią patrzeć. Wydaje mi się, że ona czerpie perwersyjną przyjemność z faktu, że jeśli nie zdarzy się cud (lub też samodzielnie nie spowoduję cudu, a pewne kompetencje mam) z faktu, że jestem na ostatniej prostej.

– Niedoczekanie – odpowiadam półgłosem, bo ona tego nie lubi.

Mam raka. Mogę to skomentować krótko: kurwa. Jak mogło mi się to przytrafić? Nie pojmuję, to znaczy, pojmuję, mechanikę, genetykę, te sprawy. Ale powinienem był się sprawdzić, wrzucić moją próbkę do cross-symulatora i kazać mu przeliczyć najbardziej prawdopodobne mutacje. Mógłbym… W zasadzie co mógłbym? Sam nie wiem, ale wolę wiedzę od niewiedzy.

Nie chcę umierać. To nie mój czas. Potrzebuję jeszcze czasu. Mało mi życia! Do cholery, za mało! Aurora tego nie rozumie.

– Czas upływa, nie da się tego zmienić – mówi.

– Ale ja mam jeszcze tyle spraw, tyle rzeczy, których nie zrobiłem, a chciałbym! Wręcz muszę! – odpowiadam.

– W życiu nie da się przejść wszystkich ścieżek – odpowiada Aurora.

– To się jeszcze okaże! – rzucam jej wyzwanie.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – pyta moja żona.

– Genesis, chcę powiedzieć Genesis.

– Sądzisz, że twój pracodawca ci pomoże? – prycha Aurora i w tym momencie jej nienawidzę. Nigdy nie lubiła mojej pracy, dokładniej mojej pracy odkąd przeszedłem z państwowej posady do Genesisu. Wie, że kocham moją pracę. Kiedy chce mi dopiec, krytykuje. A może ona faktycznie nie pojmuje, że Genesis wytycza właśnie jedyną słuszną drogę? W końcu długo nie pociągnęlibyśmy na tej zrujnowanej planecie. W końcu zabiłaby nas, nie dalibyśmy rady ewoluować tak szybko, jak szybko demolujemy środowisko.

– Pomoże mi, jestem tego pewien.

– Obyś się nie przeliczył – odpowiada Aurora i wychodzi z mojego gabinetu. Zamyka drzwi delikatnie, niemal bezgłośnie, czym jeszcze bardziej mnie irytuje. Tak bardzo, że miałbym ochotę czymś rzucić. Nie robię tego, nie dam jej satysfakcji. Nie dam jej pretekstu do kolejnego wykładu na temat „musisz zaakceptować swoją chorobę”. „Musisz zaakceptować, że nie na wszystko masz wpływ”.

– A właśnie, kurwa, że mam! – mówię do siebie.

III.

Aurorę poznałem, gdy miałem dwadzieścia dwa lata. Wytrzymuję z nią od niemal wieku, z czego jestem jednocześnie dumny i na co jestem jednocześnie cholernie zły. Może nie na te lata, które mógłbym spędzić z kimś przyjemniejszym, mniej skomplikowanym. Wtedy, gdy byłem młody, pociągała mnie jej małomówność, przechodząca nagle w słowotok, jej gesty, ulotne, drżące usta – Aurora kiedyś sporo płakała. Dzisiaj nie płacze – dziś po prostu się ze mną spiera. Nawet nie spiera – stawia opór.

Kiedyś Aurora także więcej się śmiała. Teraz została tylko bierność, to wściekłe trwanie przy mnie. Po co ona ze mną jest? Skoro pod żadnym względem do siebie nie pasujemy?

Zabawne, ale pasowaliśmy, natomiast co naturalne nasza relacja, jak wszystko we wszechświecie, ewoluowała. Panta rhei, wszystko płynie, Heraklit, z Efezu, że zacytuję moją małżonkę, która cytuje filozofów, gdy tylko ma okazję. Poświęciła lata na studiowanie ich dzieł, niech ma. Wytrzymam jakoś jej popisy, zresztą płynięcie wszystkiego również obserwuję, ale jako naukowiec. Wracając do niej, mojej żony: kochałem ją. Czułem się z nią dobrze. Ja byłem Alfą, a ona – Omegą. Ja północą, ona – południem. Ja zenitem, ona – nadirem. Ja plusem, ona – minusem. Przyciągaliśmy się.

Żyliśmy początkowo zgodnie. Naprawdę było mi dobrze, chociaż niezbyt dostatnio. Ale doczesna strawa jest ponoć niczym wobec duchowej czy intelektualnej. Nie zgodzę się – nic nie smakuje tak dobrze jak homar. Nawet ten klonowany jest całkiem, całkiem.

W zamierzchłych czasach, czyli w dwudziestym wieku, urodziła się nasza córka, Karolina. Nie mam z nią kontaktu, niestety. Nadal żyliśmy jak do tej pory: Aurora wykładała na uczelni, ja pracowałem w instytucie, którego nazwa zatarła się w mojej pamięci. Jest nieistotna – przejął go Genesis, gdy byłem po sześćdziesiątce. Sądziłem, że po prostu się mnie pozbędą, mieli przecież tylu zdolnych i młodszych. Owszem, miałem ogromne osiągnięcia, ale czysto teoretyczne i na małą skalę. Okazało się jednak inaczej.

Miran, on mnie zauważył. Prezes Genesisu. Przeglądał nasze materiały, analizował dane, badania, które prowadziliśmy. Wyrzucił wszystkich, co do jednego, poza mną.

– Masz potencjał – powiedział mi. Podczas spotkania, na które się do mnie pofatygował. Czułem się z tym świetnie. Czułem się z tym tak dobrze, że mimo tego, że Aurora protestowała, dołączyłem do zespołu. Był rok dwa tysiące dwudziesty.

Niedługo minie ćwierćwiecze mojej pracy w koncernie.

Przez dwadzieścia pięć lat, każdego dnia, moja żona protestowała przeciwko temu, co robimy, ja i Genesis.

Przez te wszystkie lata, odkąd jestem z Miranem, złość na poglądy Aurory napędzała mnie. Gdyby nie ona, jej filozoficzne zagajenia, jej zagadki, jej pogardliwy uśmiech, nie byłbym tu, gdzie jestem dziś. Nie tworzyłbym nowego jutra. A stworzyłem je, nie samodzielnie oczywiście, ale wraz z Genesisem, aby udowodnić jej, jak bardzo się myli. Jak płytko widzi. Jak niewiele w sumie wie – filozofia to nie wiedza, to celebrowanie niewiedzy.

IV.

Karolina ma pięćdziesiąt osiem lat. Miejsce zamieszkania – nieznane. A raczej znane, ale nie odwiedzane. Przeze mnie, bo Aurora u niej bywa. Ja nie bywam – moja córka nie chce mnie znać.

Trudno się dziwić – nie byłem jakimś szczególnym ojcem. Byłem zajęty wszystkim, tylko nie Karoliną. I po prawdzie nie Aurorą, po bliskości z pierwszych lat małżeństwa zostawał coraz bardziej blady cień. Nic dziwnego, że ona, Aurora, i Karolina, były sobie tak bliskie.

Powinienem był wtrącić się w tę relację. Rozłączyć je, te dwie papużki, zanim moja żona, przeklęta Aurora, zepsuła ją. Zanim nasączyła jej głowę opowieściami nie z tej ziemi, zanim przekonała ją, że inżynieria genetyczna jest wbrew stworzeniu. Bzdura! Inżynieria to stworzenie, ale w tempie fast forward!

Zanim zorientowałem się, że Karolina jest stracona, bo uważa, że to, czym się zajmuję, jest złe i wbrew naturze, było za późno. Powiedziała mi, że nie chce mnie znać. Że wyjeżdża z Łodzi, nie chce świadkować temu, jak Genesis przerabia miasto na swój folwark. Jak ściąga z całego kraju, a potem z Europy, setki, tysiące ludzi, którzy mają zadbać o przyszłość ludzkości. Nie rozumiała, że tak być musi, że tak się stanie, że podporządkujemy sobie, my, ludzie, cały świat. My będziemy bogiem. Kolektywnie. Nie przepadam za kolektywami, ale niech będzie.

I wyjechała. Nie odezwała się do mnie nigdy więcej. Nigdy. Nigdy…

Zanim umrę, chciałbym coś powiedzieć Karolinie. Że pamiętam. Jedno wydarzenie. Karolina miała wtedy trzy lata. Zabrałem ją, wyjątkowo, bo nigdy tego nie robiłem, na spacer nad Aniołówkę. Szliśmy brzegiem, ona lizała lizaka, a ja trzymałem ją za rękę. Czułem jej rękę w mojej i to było dobre. To było wspaniałe. Pamiętam jak dziś.

Potrzebuję więcej czasu, aby jej to przekazać. Aby nie poprzestać na tym jednym spacerze, aby zrobić dla niej, dla siebie, coś jeszcze.

Tak bardzo brakuje mi Karoliny.

V.

Moja choroba postępuje szybko. Rak to do siebie ma, że ścierwo potrafi się mnożyć w zastraszającym tempie. Ta zdolność ścierwa fascynuje mnie jako inżyniera genetyki, ale wkurwia jako chorego.

Stosuję jakieś terapie, ale to gówno jest na wszystko odporne. Owszem, są jakieś leki, które Genesis podobno testuje i podobno działają. Nie wiem, nawet nie pytam, wolę nie ryzykować. Jakoś nie mam przekonania? Nie, nie, ja wierzę w Genesis. Po prostu… Poczekam jeszcze chwilę, potem po nie sięgnę. Na razie jeszcze nie, Genesis przepycha się o leki z Farmacją, nie wiadomo na czym stanie… Ale coś się znajdzie, choćby było najbardziej ryzykowne, wezmę, podziękuję, popiję niezbyt obficie. I z bańki. Bo z pewnością nie umrę sobie tak po prostu, z powodu byle mutacji, która chce mnie zeżreć żywcem.

Jest też pewna inna opcja, którą chcę omówić – sam nie wiem po co – z moją małżonką – właśnie przyniosła mi leki. Wdycham je, głęboko, bardzo kaszlę, ale pomagają. Mam nadzieję, że rak zdycha dzięki nim w męczarniach. Chciałbym słyszeć jego pisk, wyobrażam sobie, że jest podobny do pisku, jaki wydają wkładane do wrzątku skorupiaki. Nawet te klonowane piszczą. Niech piszczy, aż ochrypnie.

– Auroro, jest możliwość wyleczenia mnie. Rozmawiałem o tym z Miranem – mówię.

– Świetnie, on z pewnością ma niezawodne sposoby – mówi moja żona. Milczę. Przerywam milczenie; nie mogę znieść tego tonu.

– Ma sposoby – odpowiadam. – Pewnie nawet nie chcesz wiedzieć jakie. Sam fakt, że należą do Genesisu wystarczy ci, aby protestować.

– To prawda.

Nie mówię nic więcej, ponieważ zaczynam kaszleć. Aurora wzdycha. Wychodzi; zaraz wraca i przynosi mi inhalator. Włącza go, przykłada do mojej piersi. Urządzenie skanuje to, co ma skanować. Odmierza dawkę. Wkładam dyszę do ust, zaciągam się kolejnym lekiem. Kręci mi się w głowie, a potem wszystko jest dobrze. Mogę, w końcu, odpowiedzieć.

– Mógłbym poddać się przeszczepowi. W firmie, u mnie. Za darmo.

– Przecież wiesz, że nie chodzi o pieniądze.

Fakt, trudno, żeby chodziło. Mamy ich aż nadto. Mamy nasz apartament w jednym z najwyższych Uli w Arce. Położony na najwyższym piętrze; w dole widać całe megalopolis. O ile nie zakrywa go smog, ale wtedy można przecież patrzeć na horyzont. Jesteśmy ponad smogiem. Jesteśmy ponad miastem. Jesteśmy ponad wszystkim.

– Jesteście ponad bogiem – mówi czasem Aurora, najczęściej, gdy patrzy na budynek Genesisu, który wygląda na tle osiedli jak flara. Jest błękitny. Błyszczy.

– Nie wiem po co to mówisz – odpowiadam jej za każdym razem.

Wzdycham. Wstaję, podchodzę do okna.

– W górę – rozkazuję. Komputer domowy podnosi rolety. Przede mną smog, fioletowy i gęsty, gdzieniegdzie dziurawiony strumieniami światła, płynącego spod krytych szkłem chodników. Chodnikami suną ludzie, nie idą, są przewożeni, z budynku do budynku. Z miejsca na miejsce. Ludzie płyną, jest ich tak wielu, że zlewają się.

Aurora także podchodzi do okna.

– Co chcą ci przeszczepić?

– Płuca.

– Wiem. Jakie?

Waham się przez moment. Nie wiem, czy mówić jej o tym, co tajne. Decyduję, że nie. Lepiej nie. Nie wiadomo kto słucha – Genesis w całym mieście ma kamery i urządzenia nasłuchowe. Nie mam pewności, czy nie ma ich u nas, w mieszkaniu. W zasadzie… Mam pewność, że są.

– Jakieś. Dawcy – odpowiadam wymijająco.

– Nie kłam.

– Nie kłamię.

– Kłamiesz – mówi Aurora i ze smutkiem kręci głową. Nie rozumie, że będzie lepiej, jeśli nie będzie wiedziała. Nic jej z tego nie przyjdzie. Mniej wiesz – krócej cię przesłuchują. – Nie rób tego – mówi.

– Zastanowię się.

– Już podjąłeś decyzję. Prawda?

– Auroro…

– Podjąłeś ją?

– Nie. Ale nie chcę… Nie chcę umierać. Zrozum mnie, Auroro! Nie chcę! Potrzebuję jeszcze czasu, trochę czasu!

VI.

Przeszczepiłem sobie płuco. Świeżutkie, pobrane prosto od mojego dawcy. Dawca niestety nie przeżył, ale nie za bardzo mnie to obeszło. Mięso zostanie zeżarte przez klientów Genesiu i jego sieci sklepów spożywczych, których nazwa doprowadza mnie do szału, ponieważ brzmi Mrówka. Mrówki, ule, termity i termitiery, ludzie i ich apartamenty, tunele pomiędzy nimi wyglądają jak tunele pomiędzy poziomami mrowiska. Suną nimi osobniki, większe i mniejsze, wszystkie mają rolę robotników, a królowej nie ma. Chociaż nie, może Satia przyjmie tę rolę, najbliższa Miranowi, pewnie bzyka się z nim do upojenia – widziałem jak podczas spotkania na niego patrzy. Jakby chciała go pożreć, jakby go kochała, ale miłością dziwną, bo zaborczą. Inną niż miłość Aurory do mnie – Aurora kocha mnie rozpaczliwie, kocha mnie ze smutkiem. To miłość, której nic nie zmieni, nie wiem czy mam się z tego cieszyć czy płakać.

Mam nowe płuca, czyste i bez raka. Moje stare najpierw przebadano, po czym odparowano w piecu. Mam nadzieję, że rak cierpiał. Popsuł mi tyle planów, teraz jestem zajęty, zajęty jak cholera, muszę nadrobić stracony czas. Dobrze, że mam go jeszcze trochę w zapasie.

Czas mija, nawet nie wiem kiedy. Życie w Ulach powoduje, że trudno go oznaczyć. Rok po roku, każdy taki sam, chociaż w pracy zmienia się tak wiele… Kiedy się urodziłem, nie wiedziałem jak działa świat, moja wiedza była tak bardzo ograniczona… Podwójną helisę opisano, gdy miałem niemal dwadzieścia lat. Dziś umiem ją rozplatać i splatać w sposób, jaki wybiorę. Minęło niecałe sto lat. Moja wiedza przyrasta dziś szybciej i szybciej, postęp zapierdala tak, że z łożysk idzie dym. Idzie mi coraz lepiej, jakby baza informacji, które posiadam, czy to zapisanych w mojej głowie, czy w niezawodnych komputerach Genesisu, pozwalała mi skuteczniej wdzierać się na nieznane, niezbadane pola.

Początkowo z moimi nowymi płucami czuję się świetnie. Niestety po pewnym czasie zaczynają się kłopoty. Sądzę, że zasrany rak gdzieś się przyczaił i znów mnie dręczy. Robię testy, ale nie znajduję go. Nadal czuję się źle, jestem słaby, wydaje mi się, jakby moje ciało żyło niezależnie od mojej woli. Bunt.

Pobieram sobie krew – samodzielnie, robiłem to setki razy. Wrzucam ją do cross-symulatora i każę mu analizować. Maszyna robi to skwapliwie, uwielbiam maszyny, są znacznie łatwiejsze w obsłudze niż ludzie. Wyświetla wyniki na cienkich siatkach, które wiszą pod sufitem. Wędruję między tymi kurtynami i wpatruję się w to, co prezentuje mój idealny, mechaniczny współpracownik, potężny komputer, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Pokroił moje DNA i przedstawia mi je teraz, pyta, czy rozsunąć kolejne segmenty, abym mógł wejrzeć głębiej.

– Rozdziel – zlecam mu. Cross-symulator słucha. Rozdziela. Jeszcze więcej obrazów, tym razem nie tylko błękitne, ale też zielone i różowe. Nie muszę patrzeć długo. Widzę. Widzę co dzieje się we mnie. – Kurwa – komentuję i dzwonię do Mirana.

Odbiera, moje telefony odbiera zawsze. Jestem dla niego ważny. Proszę go o spotkanie, najlepiej, gdyby przyszedł do mnie, na dół, do chronionej strefy budynku i sam zobaczył. Przychodzi szybko.

– Moje DNA kombinuje się z DNA świni, od której pobraliśmy płuca dla mnie – mówię mu, chociaż wiem, że sam widzi to, co widzę i ja – że staję się powoli po trosze świnią. Choć byłem nią, w przenośni, od zawsze, zdaniem Aurory.

– Aha – odpowiada Miran i przesuwa palcami kolejne sekwencje. – Masz jakieś objawy? Uboczne?

– Tak.

– Aha. – Nadal jest zamyślony.

Mówię mu, że jeśli tak dalej pójdzie, pewnie wyciągnę kopyta, a raczej racice – świnie mają racice. A tego nie chcę, ponieważ jeszcze nie czas, co mówiłem wielokrotnie. Jeszcze mam sporo do zrobienia. A tu niespodzianka, jakimś cudem, cudem, którego nie przewidział cross-symulator, mam dziwaczne DNA. Oczywiście mogę je czyścić, przecież opracuję jakiś środek, który wytnie niechciane sekwencje. Ale one wrócą, jak uparta osa wraca, aby pożywić się słodkim. Nie podoba mi się to.

– Nie podoba mi się to – mówię Miranowi.

– Mnie też się nie podoba.

– Jeśli to dzieje się u mnie, to dzieje się też u innych. Tych, których obsłużyliśmy w naszych klinikach. Są ich miliony.

– Wiem. – Miran jest zniecierpliwiony.

– Co z tym robimy?

– Milczymy. Pamiętaj: ani słowa na ten temat na zewnątrz. Zastanowię się, sprawdzę, czy możemy ci jakoś pomóc. Ale tymczasem milcz. To nie może wyjść na zewnątrz.

– Ale oni pewnie czują się równie gównianie jak ja.

– I chuj z tym. Wytrzymają do czasu, aż rozwiążemy problem. Spróbuj się nad tym zastanowić, przygotuj wstępne koncepcje rozwiązania. Zlecę też dodatkowe prace innym zespołom. To się rozwiąże.

– A jeśli jest… Jakaś tajemnica?

– Nie rozumiem.

– Jeśli nie będziemy w stanie tego rozwiązać, bo jednak… Jest jakaś siła, której działania nie jesteśmy w stanie pojąć, a która nie za bardzo chce z nami współpracować? – pytam i kończąc wiem, że to brzmi fatalnie. Chyba rzuca mi się na mózg z powodu mutacji genów. Mam śmieci pod czaszką, a do tego ciągły szum, ból głowy połączony z zawrotami. Poza tym jestem idiotą. Co potwierdza Miran.

– Nie pierdol. Nie ma żadnych sił poza nami.

Wieczorem wracam do domu kompletnie wykończony. Aurora widzi, że ze mną źle. Proponuje mi wizytę u lekarza – chyba nigdy nie nauczy się, że nie potrzebuję konowałów z Genesisu, ponieważ mam cross-symulator. Konowały z Genesisu są dobre dla termitów. Nie dla mnie.

– Zrobię ci coś do jedzenia – decyduje. Szykuje mi sałatę z warzyw, które nie wyrosły na polach należących do koncernu – my, lepsi ludzie, ludzie nie-termity, nie jemy modyfikowanego genetycznie gówna. My jemy czysto.

Jem tę moją sałatę, która smakuje jak papier – chyba smak też mi się ześwinił. Aurora przygląda mi się. Zna mnie dobrze, jedno spojrzenie i wie, że mam kłopoty.

– Co się dzieje? – pyta.

– Nie mogę ci powiedzieć, tajemnica zawodowa – odpowiadam. Aurora kręci głową. Pochyla się. Po jej policzku biegnie łza. Spada na blat. Wycieram ją rękawem. – Auroro, przecież wiesz, że takie są zasady – tłumaczę jej łagodnie.

– Boję się o ciebie – odpowiada moja żona.

Rozczula mnie tym. Wstaję i przytulam ją mocno. Całuję w czubek głowy, potem w kark. Ona nadal to uwielbia. Oddycha równo i głęboko, nie odsuwa się, ale wstaje. Całuję ją w usta, mocno, jakby to miał być ostatni raz.

Czas. Potrzebuję czasu, aby to jednak nie był ostatni raz. Muszę całować Aurorę tak długo, jak się tylko da. Muszę całować Aurorę. Kocham Aurorę. Wszystko co robię, robię dla niej. Chociaż wcześniej w moich wypowiedzi mogło wynikać, że Aurora mnie wali, w głębi duszy kocham ją. I będę kochał zawsze. Aurora. Aurora. Czas.

VII.

– Czy chciałabyś żyć wiecznie, Auroro? – pytam jej jakiś czas później. Ostatnio wiele rozmawiamy, czuję, że między nami jest nieco lepiej, chociaż cały czas coś wisi, coś nas dzieli. Coś czemu na imię Genesis. Nie chcę o tym teraz myśleć, Genesis nie zniknie, a Aurora w końcu to zaakceptuje.

– Nie rozumiem – odpowiada Aurora. Jest nerwowa, siada gwałtownie, pokazuje mi swoje nagie plecy. Są stare, Aurora jest stara, ale wyglądają dobrze. Aurora nawet nie wie, że to moja zasługa. Nie mówiąc nic, podaję jej to, co naszykowaliśmy w Genesisie. Coś, co nie jest dostępne dla termitów, tylko dla mnie i dla niej i kilku innych osób. Co spowalnia starzenie się, popycha komórki do ciężkiej pracy, aby nie obumierały. Dzięki temu Aurora, mimo, że ma niemal tyle lat co ja, czuje się dobrze. Ona uważa, że to kwestia genów – fakt, ma niezłe. Mówi, że jej rodzina była długowieczna. Fakt. Była. Więc uważam, że tylko wykorzystuję jej potencjał, lepiej. Aurora może pożyć nawet dwieście lat jeśli się postaram. Oczywiście moim celem jest wieczność. Stąd pytanie. Czy Aurora chciałaby żyć zawsze. Zawsze. Zawsze.

– Czy chciałabyś żyć wiecznie, nie umierać – powtarzam, głaszczę jej ramię. Dotyk jej skóry nadal mnie podnieca. Po tylu latach nadal.

– Po co? – pyta Aurora. Kładzie się, okrywa piersi, szkoda. Są ładne.

– Po to, żeby wszystko zrobić tak, jak powinno się robić.

– A jak powinno się robić?

– Jeśli będziesz żyć wiecznie, z pewnością dojdziesz do tego jak powinny się układać rzeczy. Aby było dobrze.

– Żałujesz czegoś? I dlatego pytasz?

– Nie, może, nie wiem.

– Tomasz, czy ty umierasz?

– Każdego dnia po trochu – zbywam ją. Śmieję się, w gardle czuję ucisk. Boję się. Bo wiem, że teraz to umieranie nieco przyspieszyło. Mój zegar tyka w szaleńczym rytmie. Mój czas, mój czas, ucieka. A ja czuję się coraz gorzej. A Miran nie ma pomysłu co ze mną zrobić. Ani Miran, ani inni. Lepiej, żeby szybko wymyślili, bo naprawdę się wkurwię jak umrę.

– Tomasz, nie rozumiem, co chcesz mi powiedzieć – mówi Aurora. Odwraca się do mnie. Przytula.

– Karolina – odpowiadam tylko, bo tyle razy mówiłem jej o czasie i naprawianiu, że nie chcę się powtarzać i zanudzać.

– Och, Tomasz… – wzdycha Aurora. – Lepiej naprawiaj już, dzisiaj.

– Dzisiaj… – powtarzam.

– Tak. Spiesz się z kochaniem ludzi, oni tak szybko odchodzą – cytuje jakiegoś lokalnego poetę. Oni odchodzą, szybko, niemal odbiegają. Sprintem. Czuję złość. Nienawidzę umierania. Kurwa, nie znoszę tego. Śmierć jest do dupy. Za dużo było śmierci w moim życiu. Za dużo. Ja nie mam dobrych genów, nie miała matka, ojciec, nikt. Wszyscy odeszli, zanim mogłem ofiarować im czas. Kurwa mać.

VIII.

Pojechałem do Karoliny niedługo po tej rozmowie. Tak jak radziła mi Aurora.

Karolina nie mieszka w Arce. Wybrała jakąś wieś, jakieś kompletne zadupie. Ledwo dałem radę tam dojechać – samochody grawitacyjne mają kłopoty na drogach. Zwłaszcza, że drogi są niemal zrujnowane – skoro nikt nie podróżuje poza Arkę (bo czego szukać poza Arką), nie ma sensu specjalnie się o nie starać. Mamy kolej, która zawiezie termity dokąd zechcą.

Karolina wygląda źle. Jest bardzo wychudzona. Pewnie niedojada. Nic dziwnego – nasze rośliny, genetycznie zmodyfikowane i ekspansywne, wyparły wszystko, co naturalne. Na polach we wsi niemal nic nie rośnie, ale ludzie, podobni do Karoliny, cały czas walczą o plony. Czyste plony, które nie mają nic wspólnego z wynalazkami Genesisu. Walka przypomina mi zawracanie kijem rzeki. Przecież wiadomo, że to starcie wygrają nasze GMO. Ale oni łudzą się, że może przetrwają. Nie przetrwają, ani ich uprawy, ani oni. Nie przetrwają, jeśli nie dołączą do nas.

Karolina ma pięćdziesiąt sześć lat. Wygląda jednak starzej niż ja. Jest bardzo blada. Jest chuda. Jest ubrana w dziwne ubrania, nikt w Arce nie chodzi już w czymś takim. Ubrania są zniszczone, podobnie jak moja córka.

Serce mi pęka. Patrzę na nią długo, i serce mi pęka. Moja dziewczynka, której nie widziałem od wielu, wielu lat, ona umiera. Nie chcę tego. Mam ochotę krzyczeć.

– Co u ciebie? – pytam, zachrypnięty, bo serce mi pęka. Czemu pękające serce powoduje kłopoty z głosem?

– W porządku – odpowiada. Siedzimy w jej domu, domu jeszcze z czasów sprzed Genesisu, tak samo starym i zrujnowanym jak moje dziecko. Czuję się tu źle, jest ciemno, jesteśmy na parterze, nie umiem żyć tak blisko ziemi. I dosłownie i w przenośni, potrzebuję bujać wysoko.

– Nie wydaje mi się – odpowiadam. – Chorujesz? – pytam wprost.

– Mam białaczkę – odpowiada moja córka. Moje serce pęka ostatecznie. Zakrywam twarz dłońmi. Muszę się pozbierać.

– Jaką? – pytam.

– Nie wiem. – Fakt, trudno, żeby wiedziała. Jak miałaby zbadać krew, tutaj? Tutaj kurwa nic nie ma! Ja pierdolę!

Wypytuję ją o objawy. Pytam, czy mogę ją zbadać. Karolina nie protestuje. Dotykam jej po raz pierwszy od wielu lat. Brakowało mi tego, tak bardzo mi brakowało. Jej skóra jest cienka i ciepła. Miękka.

– Uważam, że masz ostrą białaczkę limfoblastyczną – mówię.

– Nie wiem co to jest – odpowiada. Wiem, że kłamie. Przecież zajmowała się tym, czym ja nadal się zajmuję. Kiedyś, dawno temu. Potem odeszła z Arki. Uważała, że wpieprzamy się w sprawy, w które człowiek nie powinien się wtrącać. Tłumaczyłem, że skoro mamy takie możliwości, aby interweniować, czemu mamy tego nie robić? Skoro bóg, którym wywijała jak cepem, dał nam rozumy zdolne ogarnąć świat, widocznie chciał, abyśmy go ogarnęli. W końcu sam mówił, że mamy iść na ziemię i czynić ją sobie poddaną. Nieprawdaż, Karolino? Karolino! Nie odchodź, mówiłem. Nie posłuchała.

– Mogę cię wyleczyć – odpowiadam.

– Jak?

– W Genesisie. Dam radę. A przynajmniej uzyskamy remisję.

– Po co?

– Karolino… – nie kończę.

– Nie chcę – odpowiada moja córka.

– Dlaczego?

– Nie chcę.

– Karolino, nie pleć głupstw – używam naszego starego zdania. Ale ono nie śmieszy.

– To twoja wina, że choruję – odpowiada moja córka ze złością. – Twoja i Genesisu. Twoja i twojego grzebania w świecie. Gdyby nie ty, nie Genesis, nie byłoby tego… Wszystkiego. Tego końca świata.

– To nie koniec, a początek! – mówię poniesionym głosem. – Początek! Rozumiesz? Gdybyś wróciła ze mną, zobaczyłabyś, że to, co mówisz, to kompletna bzdura.

– Bzdura?! – krzyczy Karolina. Wstaje, siada, bo nie ma siły stać. – Ty mnie zabiłeś. Mnie i innych. Zabijacie nas!

– Wróć ze mną – odpowiadam, całkowicie spokojnie. Nie ma co spierać się z nią teraz, wytłumaczę jej później. Wszystko zrozumie, ale to wymaga czasu. Kolej rzeczy jest taka, że idziemy do przodu, ludzkość i jednocześnie każdy z nas. Tryb życia, do jakiego przywykła Karolina, przeterminował się. Teraz jest Arka. Teraz rodzi się wieczność.

– Nie – odpowiada moja córka. – Wyjdź. Nie wracaj. Nie ma po co. Nie wrócę tam. Nigdy. Wolę umrzeć. Nie chcę tam żyć, to nie życie. To nie świat. Zniszczyliście wszystko.

IX.

Genesis znalazł rozwiązanie. Jak zwykle – nigdy nie wątpiłem, że ono się znajdzie. Wiara, to pomogło mi przetrwać okres zaraz przed przeszczepem, kiedy czułem się naprawdę bardzo źle. Tak źle, że obawiałem się, że nie doczekam. Ale doczekałem. Wola życia jest we mnie silna. Chcę żyć, chcę tego bardziej, niż czegokolwiek innego.

Na podstawie mojego DNA, z którego zdolny genetyk wywalił fragmenty pochodzące od prosiaka, których sobie nie życzyłem (co jasne), w kapsule, w karmiącej zawiesinie, urosły moje nowe płuca. Przyglądałem się im niemal codziennie.

Operacja, jak operacja, nie ma o czym opowiadać. Nawet nie mówiłem Aurorze, że ją planuję. Zresztą pokłóciliśmy się po mojej wizycie u Karoliny. Ja mówiłem, że nasza córka jest kretynką, Aurora – że ma prawo żyć jak zechce. Nie, nie uważam tak. Uważam, że powinienem był ją zabrać. Przywieźć tutaj, leczyć. Karmić, jest taka wychudzona. Dorosła? Co z tego! Nadal jestem jej ojcem! Nadal mam obowiązek o nią dbać, a z tego obowiązku wynika moje prawo, aby narzucić jej moją wolę. Aurora krzyczy, że jestem tyranem. Obłąkanym tyranem, który chciałby na wszystko mieć wpływ. Wszystkim dyrygować, wszystko kształtować. Nie mogę się z tym nie zgodzić, ale i tak jestem na nią zły.

Po zabiegu czuję się świetnie. Od razu lepiej. Świńskie geny nie służyły mi. Moje służą mi świetnie. Znów mam energię, aby pracować. I pracuję ile tylko się da, od czasu do czasu podsypując się środkami pobudzającymi. Jestem od nich uzależniony; z tego powodu Aurora także robi mi wyrzuty. Nie rozumie, że wszyscy tutaj to biorą, nie tylko my, jądro Genesisu, ale także termity. Skoro można, czemu nie?

Aurora od razu zauważa, że ze mną lepiej. Jak zwykle pojawiają się pytania o to, co zrobiłem.

– Co znowu wymyśliłeś? – syczy moja żona. – Jaką diabelską sztuczkę?

– Diabła nie ma – odpowiadam jej. Nie lubię tych ciosów poniżej pasa, z użyciem dziwacznych epitetów, ona o tym wie, dlatego wtrąca słowo „diabelski”.

– Sprzedałeś się – mówi. Kolejna, stara, wyświechtana zagrywka. Aurora chce mnie wkurzyć. Niedoczekanie.

– Sprzedałem duszę diabłu i wiesz, co? – pytam. – Czuję się z tym zajebiście.

Punkt dla mnie. Aurora jest bardzo, ale to bardzo zła. Świetnie. Zamknie się na moment, przestanie gadać. Niech milczy. Nie mam teraz czasu na rozmowy o niczym. O niczym, bo to, czego nie mogę zmienić, jest dla mnie nieistotne. A nie zmieni się tego, że Genesis znów poszedł do przodu. Że postawiliśmy kolejny krok. Nie ma o czym mówić. Nic nas nie zatrzyma.

X.

Trochę przesadziłem – kiedy wracam z pracy, tego dnia, gdy powiedziałem, że sprzedałem duszę, zastaję Aurorę w garderobie. Wyjmuje z szaf swoje rzeczy. Wkłada je do torby.

– Co robisz? – pytam jak debil, chociaż przecież widzę.

– Pakuję się – odpowiada.

– Wyjeżdżasz? – Ciekawe dokąd. Przecież wszyscy są tutaj, w Arce, w zasięgu szybkiej podróży ruchomym chodnikiem, ewentualnie naszym pojazdem, mamy pojazd, jako uprzywilejowani pracownicy Genesisu. A może wymyśliła jakieś wakacje, gdzieś nieco dalej?

– Tak – odpowiada.

– Dokąd? Kiedy wrócisz? – pytam. Siadam na krześle.

– Do Karoliny. Nigdy. – „Ocipiała” przelatuje mi przez głowę.

– Auroro, przecież wiesz, że to bez sensu. Zginiesz tam.

– Jakoś sobie poradzę.

– Tam nikogo nie ma, wszyscy są w Arce. Tam nie ma nic. – Ignoruję jej poprzednią wypowiedź. Uznaję, że jej zamierzeniem było wkurzenie mnie.

– Jakoś to będzie. Jest Karolina.

– Lepiej przywieź ją tutaj, do Arki.

– Nie.

– Auroro…

– Tomaszu – odpowiada moja żona – odpierdol się.

Wyjeżdża jeszcze tego samego dnia. Jej zniknięcie zostaje oczywiście odnotowane przez wszechobecne kamery. Nic dziwnego, że następnego dnia, zaraz z rana, Miran zaprasza mnie na rozmowę. Przypuszczam, że słyszał też naszą rozmowę. Niech będzie, co mi za różnica. Nie mam przed nim nic do ukrycia. Ale przed Aurorą ukrywam wiele, o czym informuję Mirana.

– Ona nic nie wie – zapewniam.

– A domyśla się?

– Nie sądzę.

– A jeśli?

– Nie wiem, jeśli się domyśla, to…

– Sypnie? Powie coś komuś? Na nasz temat?

– Nie. A nawet jeśli, oni nie są groźni, ci, co żyją tam, na dziko.

– Fakt. Ale oni mają kontakty z naszymi konkurentami, którzy chętnie wykorzystają tych spoza Arki do swoich celów.

– Nie Aurorę, ona nie ma pojęcia o genetyce.

– Jeśli miałaby, lepiej się jej pozbyć.

– Nie ma obaw – odpowiadam. Spokojnie, chociaż czuję strach. Boję się o Aurorę. Miran nie jest typem, który się waha. Jeśli uzna, że ona stanowi zagrożenie, po prostu ją sprzątnie. Bez emocji. Bez wyrzutów sumienia. Bez skrupułów. To na tych cechach zasadza się sukces Genesisu. Podziwiam je i jednocześnie czuję się nimi przytłoczony.

XI.

Aurora odezwała się do mnie. Niespodziewanie. Obiecywała przecież, że nigdy więcej i tak dalej. Ale odezwała się, co do niej niepodobne – nigdy nie rzuca słów na wiatr. Jeśli Aurora się uprze, nic nie jest w stanie jej przekonać. Jeśli powie, że coś zrobi, robi to. Do dzisiaj.

Dzisiaj dzwoni do mnie i płacze. Mówi, że Karolina umiera.

Bez wahania zamawiam helilot. Ląduje z hukiem na dachu mojego Ula. Wsiadam. Z pokładu łączę się z Miranem. Przedstawiam mu sytuację. Pytam o zgodę.

– Przywieź je tutaj – mówi mi. Wiem, że nie dlatego, że nagle ruszyło go sumienie. Po prostu wygodniej będzie mieć je pod kontrolą. Nieważne – ważne, że mogę zabrać je tutaj, do Arki, w jedyne miejsce, w którym będzie można pomóc mojej córce.

Lecimy, wyglądam przez okno. Pod nami puste przestrzenie, jedyne zarośnięte pola, to nasze pola. Genesisu. Pod nami puste miasta. Pod nami powysadzane korzeniami roślinności drogi. Pod nami szarość i brąz. Pod nami ugór. Wszystko, co potrzebne do życia, zassała Arka.

Lądujemy. Biegnę, niosę Karolinę w ramionach do helilotu. Aurora biegnie za mną. Mówi, błaga, abym ratował nasze dziecko. Czuję, mimo, że nie chcę, satysfakcję. W końcu przyznała, że mogę to zrobić i w końcu na to przystała. Chciałbym jej powiedzieć, dać jej prztyczek, że przecież tyle razy przekonywałem, że to, co robię jest słuszne. A Aurora dopiero teraz to zrozumiała. „A nie mówiłem!”. Ale to nie pora na takie uwagi, porozmawiamy później. Kiedy z Karoliną będzie lepiej.

Karolina jest taka lekka, niczym piórko. Mówi się, że dusza waży najwięcej, więc ona chyba nie ma już duszy. Durna myśl! Odsuwam ją ze złością, układam Karolinę w helilocie, podłączam aparaturę, która już teraz, na pokładzie, zacznie analizować, co się dzieje z moją córką. Helilot startuje, wznieca kurz. Aurora płacze. Cały czas powtarza jedno.

– Ratuj ją. Tomaszu, ratuj ją!

Robię co mogę. Gdy tylko dotrzemy do Arki, natychmiast przenoszę Karolinę do naszej kliniki. Podłączam jeszcze więcej aparatury i zdalnie uruchamiam cross-symulator. Muszę przeglądać wyniki w pokoju mojej córki, na niewielkich ekranach – tu w klinice nie ma takich do jakich przywykłem na dole, u mnie, na dole, bolą mnie oczy. Wolę kurtyny świetlne, ale nie chcę jej mimo to opuszczać.

Analizuję jak szalony, cross- symulator gotuje się.

– Licz, licz, ścierwo – mówię do niego. Słucha. Przelicza. Wrzucam wyniki do łączarki, niech wyczyści DNA mojej córki z tego śmiecia, który powoduje, że ona umiera. – Szybciej, szmato – mówię do niego, poganiam, chociaż przeliczenie i zsekwencjonowanie czystego DNA nie trwa długo. – Do kapsuły! – zlecam.

W kapsule wyhoduję mojej córce piękny szpik! To niestety trwa nieco dłużej. Bezwiednie modlę się.

– Boże, jeśli istniejesz, daj mi trochę czasu! Daj jej trochę czasu!

Ale boga nie ma.

Nie dostaję czasu.

Zanim zdążę ze szpikiem, moja córka umiera.

Moja córka umiera.

Umiera.

Całkowicie i nieodwołalnie.

Nie potrafię opisać wściekłości, jaka towarzyszy mi w tym momencie. Chciałbym rozwalić przeklęty cross-symulator, łączarkę i kapsułę. Ale nie zrobię tego. Bo tam jest jej DNA. A skoro jest jej DNA, to tam właśnie jest Karolina. Moja córeczka. Moje dziecko.

XII.

Niecały rok później umiera Aurora. Została ze mną po śmierci naszej córki, a przynajmniej jej ciało zostało. Jej umysł powędrował gdzieś; Aurora nie mogła poradzić sobie z tym, że Karoliny nie ma. Mówiła, że to jej wina. Że miałem rację. Że powinniśmy byli działać wcześniej. Że była głupia.

– Miałeś rację, Tomaszu – mówiła. Co mi po racji? Wydawało mi się, że będę usatysfakcjonowany, gdy ona w końcu przyzna, że moja droga to jedyna słuszna droga. Nie byłem.

Umarła chyba z rozpaczy. Tak mi się wydaje.

Ale mam jej DNA. Mam też DNA Karoliny.

I zostałem, żyję, i konserwuję się dobrze, aby dotrwać do momentu, gdy będę w stanie odtworzyć je obie, w całości. Marynuję się za pomocą kolejnych specyfików z Genesisu. Biorę coraz więcej stymulantów. Pracuję coraz więcej. Miran też pracuje, przeczuwam, że pracuje nad tym samym co ja – chce sklonować człowieka.

Mam DNA Aurory i Karoliny.

Jestem, żyję. Mam się dobrze.

Mam czas. Mam mój czas.

Poczekam jeszcze chwilę, aż Miran, albo ja sam, wpadnę na rozwiązanie. Stworzę Aurorę i Karolinę na nowo.

I wtedy wszystko rozegram dobrze, jak trzeba.

 

Kup powieść tutaj.

Newsletter

Zapisz się do newslettera i otrzymaj darmową książkę.