– W końcu! Jest prawie druga! Zdążyliśmy pójść na plażę, wrócić, pójść na basen, wrócić…

– Dzień dobry – przerywam ubranej w hotelowy szlafrok mieszkance czterysta dwanaście. – Czy mogę posprzątać pokój?

– Za moment! – odpowiada ze złością kobieta i trzaska drzwiami. – Zuzia, Bartek, zaraz wychodzimy! – krzyczy do dzieci. – Michał, zostaw w końcu kompa! Pomóż im się ubrać, założyć buty! Wszystko kurwa muszę robić sama… – Reszta zdania umyka, stłumiona trzaśnięciem łazienkowych drzwi.

Przysiadam na worku z brudną pościelą. Czekam. Jest duszno. Z dołu dobiegają odgłosy pracy kuchni. Opieram głowę o ścianę i zamykam na moment oczy.

Kobieta otwiera po trzech minutach. Ubrana jest w pasiastą sukienkę z bawełny, nawet ładną, ale przekładając ubranie przez głowę spłaszczyła natapirowany kok.

– Proszę wejść! – rozkazuje, machając udekorowaną charmsami ręką. – Oczekuję, że postara się pani bardziej, niż wczoraj – dodaje z przekąsem. – Chodzi przede wszystkim o ręczniki. Żądam wymiany codziennie. Podobnie z pościelą. Płacimy za hotel niemało. Więc wymagamy. Rozumie pani?

– Tak.

– Proszę tu ogarnąć i dokładnie poodkurzać – kontynuuje, a ja wpycham do środka wózek z ręcznikami i chemią. W pokoju panuje taki bałagan, że nie mogę wjechać dalej, niż za próg. Na podłodze walają się dziecięce ubrania i zabawki. Okruchy próbują ukryć fakt, że na piaskową wykładzinę rozlano czekoladowe mleko. Stolik okupują brudne szklanki, kartoniki po sokach, gazety, kosmetyki. Jest nawet garść plażowych kamieni, wysypujących się z opakowania po czipsach.

Kobieta prowadzi mnie do łazienki. Wskazuje szarawy nalot na wannie i ciemne obwódki wokół odpływów umywalek. Mam to usunąć. Kiwam głową i obiecuję, że tak zrobię. Wtedy dopiero wychodzi, grożąc, że w razie zastrzeżeń poskarży się w recepcji.

Odczekuję tyle, ile zajmuje zjechanie windą na parter. Ostrożnie odsuwam zasłonę, wyglądam przez okno, aby upewnić się, że nie wróci i zauważam całą rodzinę przed wejściem. Kobieta usiłuje wsadzić do wózka wyrywającą się trzylatkę. Dziecko macha rękami, wije się, ale matka brutalnie stawia na swoim. Zapina dziewczynce pasy, chwyta rączki wózka i rusza szybkim krokiem. Mąż i syn podążają za nią.

Idę do łazienki. Biorę z półki flakon w kształcie wazonu z kwiatami.

– Och, Lola – odczytuję nazwę. Pryskam się za uszami. Ładne. Założę się, że na mililitry takich nie dostanę. Nakładam pod oczy znaleziony przy umywalce krem Chanel i zabieram się za ścielenie.

* * *

Wchodzą: ona wystrojona jak na odpust, on kiedyś może wysportowany, dziś ze sporym brzuchem, dwoje złych jak osy dzieci. Zajmują miejsce w rogu. Wypuszczają z wózka trzyletnią dziewczynkę, która natychmiast rzuca się na dekorujące parapety petunie i obrywa ich pomarańczowe łebki. Udaję, że nie widzę – nie wolno mi zwracać gościom uwagi.

– Coś do picia? – pytam z uśmiechem, wręczając karty.

– Tyskie!

– Dla pani?

– Musisz od rana pić?– pyta kobieta męża, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie.

– Muszę. Ty też się napij, będziesz milsza – radzi jej mężczyzna, kompletnie nie przejmując się tym, że słucham.

– Cola! Cola! – wrzeszczą dzieci. „Aggression drink razy dwa” zapisuję.

Przynoszę napoje i rodzina zamawia dwie pizze, pierś kurczaka z grilla i dorsza. Chwalę wybór, chociaż wiem, że ryba jest mrożona, a drób sprzed pięciu dni i zanoszę zamówienie do dusznej kuchni.

– Raz capri, raz hawaje, kura, dorsz! – przekrzykuję szczękanie garnków.

– Przyjąłem! – opowiada miotający się przy garnkach Stefan. Jak zwykle coś mu wykipiało. Nic dziwnego – jest po iberystyce i na gotowaniu zna się jak żaba na astronomii. Aneta, pomoc kuchenna i sprzątaczka, tak jak ja studiowała na akademii muzycznej w Gdańsku. Tylko stojąca przy frytkownicy Jadzia zdaje się być na miejscu. Kiedyś gotowała w ośrodku kolonijnym, ale odkąd upadł, nie ma stałej pracy. Pomaga u nas i w „Mewie”. Poza tym opiekuje się dwunastoletnim wnukiem, którego mama, jej córka, wyjechała do Anglii. Chłopak spędza całe popołudnia grając z kolegami w piłkę na tyłach „Vesuvio”. Kiedy się oddala, zwłaszcza w kierunku plaży, Jadzia się martwi.

Teraz wprawnie panieruje rybę i wrzuca ją do gorącego oleju, dorsz przez dwie minuty skwierczy i śmierdzi. Gotowego odsącza na sicie, przekłada na talerz, dekoruje frytkami i sałatą. W tym czasie Stefan ogarnia kurczaka, a Aneta z pomocą mikrofalówki – pizze.

Podaję dania gościom.

– Wasz obiadek! – uśmiecham się do dzieci i podsuwam im talerze. Nie cieszą się. Łypią na mnie spod grzywek.

– Nie będę tego jadł! – burczy chłopak.

– Nie scem! – wtóruje mu dziewczynka.

Wzruszam ramionami i odchodzę – niech rodzice radzą sobie sami z małymi malkontentami. Siadam za barem, a kobieta rozpoczyna przydługą przemowę o tym, ile kosztuje jedzenie nad morzem. Potem każe dzieciom jeść.

Słysząc „zjedz to”, siostra i brat jak jeden mąż rzucają się na podłogę i rozpoczynają pełne krzyków, łez i wierzgania przedstawienie, które ojciec postanawia uczcić kolejnym piwem. Przynoszę je po drodze przekraczając wijące się wokół stolika rodzeństwo.

W końcu wychodzą. Na stole zostaje kręgosłup dorsza – mężczyzna zjadł to, co zamówił, nadgryziony kurczak i dwie nietknięte pizze. W pustej popielniczce błyszczy dwuzłotowa moneta – napiwek. Wzdycham i zanoszę brudne naczynia oraz ledwo liźniętą hawajską i capri do kuchni.

– Pizzy nie jedli! – oznajmiam, stawiając wszystko na blacie nad zmywarką.

Jadzia natychmiast odrywa się od tarcia marchwi i wyciera dłonie w fartuch.

– Dam dzieckom – mówi i zabiera nietknięte talerze. Idzie na tyły. – Dziecka, pizza dla was! – woła wnuka i jego kolegów. Biegną tupocząc.

– Super! Ekstra! – siadają na progu i jedzą.

* * *

Zauważam ich natychmiast. Kłócą się zawzięcie. Idą, pyskują, nie zważając na dzieci. W końcu zatrzymują się przy moim straganie. Milkną. Kobieta koncentruje się na srebrnej biżuterii, mężczyzna teoretycznie pilnuje przychówku. W praktyce nie zwraca uwagi na to, że chłopiec raz po raz znika w pobliskim w salonie gier, a siedząca w wózku dziewczynka szarpie go za spodenki i domaga się plastikowego kościotrupa. „Scem, scem” powtarza do znudzenia.

– Nie! – rzuca w końcu opryskliwie ojciec do dziecka. Wtedy włącza się matka.

– Żałujesz jej? Zabawki za kilka złotych? – pyta.

– Nie! Po prostu w przeciwieństwie do ciebie nie wyrzucam pieniędzy w błoto!

– Zarabiam na siebie! – odparowuje kobieta.

– Na siebie, i na nic innego! – natychmiast odpowiada mężczyzna.

– Scem to! – powtarza mała.

– A ja to! – dodaje starszy od niej chłopiec, który na moment dołączył do rodziny i dotyka palcem żarówiastego obrazka z piasku, oczywiście „made in China”.

Kończę esa do przyjaciółki. Przez chwilę obracam telefon między kciukiem i palcem wskazującym, a parka rozkręca się. Chce mi się śmiać z tego, jak bardzo są zacietrzewieni. Postanawiam uwiecznić kłótnię, żeby dla jaj posłuchać jej w Szczecinie z Alką albo rzucić na YouTube’a i włączam w komórce nagrywanie. Chowam trochę aparat, odwracam się i udaję, że sprzątam na półce z muszlami.

– Tobie zawsze jest żal, żal na rodzinę! – mówi ona.

– Przestań!

– Tak, mnie żałujesz, dzieciom, tylko dziwnie na samochód ci nie brakuje!

– Muszę mieć porządne auto, przecież nie będę do kurwy nędzy jeździł Focusem. Więcej niż wynosi rata za Beemę wydajesz na kosmetyczkę. Drugie tyle idzie na szkołę dla Bartka i przedszkole dla Zuzki!

– Może policzysz, ile wydajesz na wódę?! – krzyczy kobieta.

– Jaką wódę?!

Przesuwam się w kierunku regału z drewnianymi bibelotami typu latarnie morskie i mewy.

– Jaką?! Ostatnio jak zostawiłam cię z małą, zasnąłeś schlany na dywanie, a ona łaziła po całym mieszkaniu! Była nawet w wannie!

– I nic jej się nie stało!

– Ale mogło!

– Tak samo mogło się stać Bartkowi! Poparzył się pilnując obiadu, a ty popychałaś pierdoły z mamuśką!

– A kto jest winien temu, że Zuza miała szytą brew?! Ty! Wyłącznie ty! Spadła z huśtawki!

– Na którą sama ją wsadziłaś!

– A kto miał stać obok i pilnować, żeby nie wstawała?!

Odpowiedź zagłusza pisk opon i głuche uderzenie. Zamieram.

– Jezu! – słyszę krzyki przechodniów.

– Zuzia! Bartek! – krzyczy kobieta.

Boję się odwrócić.

Newsletter

Zapisz się do newslettera i otrzymaj darmową książkę.