Mam na imię kruk

Nudno? Wiem, wiem, okres oczekiwania na Sylwestra zazwyczaj doskwiera… Dlatego specjalnie dla Was publikuję dzisiaj nowy materiał, który trafi do specjalnej edycji Zapomnij patrząc na słońce w sierpniu przyszłego roku. Znajdziecie tam nie tylko ten kawałek, ale także kilka innych opowiadań towarzyszących książce, zbiór niepublikowanych fragmentów oraz… Kompletnie inne zakończenie. Ale tymczasem zapraszam do wysłuchania co ma do powiedzienia kruk.

Mam na imię kruk

Mam na imię kruk. Inaczej mówią na mnie cierpienie. Wojna i śmierć. Naprawdę nie rozumiem czym zasłużyłem sobie na tak negatywne konotacje.

W Japonii przybieram kolor czerwony i jestem symbolem słońca. Jestem też posłańcem bogów. Tutaj jednak jestem czarny, jak kopalniana hałda, na której nic nie rośnie. Czarny. I nigdy nie przychodzę wraz ze słońcem – słońce mnie przegania. Nie mogę znieść jego promieni, muszę się chować. Nie zamieni mnie w kamień, a obróci w popiół. Słońce jest złe.

A bogów nie ma. Ani jednego. Mówię to z pełną odpowiedzialnością – byłem wszędzie (i jednocześnie nigdzie), wiem to. Na górze (ani na dole) nikt na was nie czeka. Nikt nie odpowiada za wasz los – jestem tylko ja. Cierpienie i ukojenie zarazem.

Przychodzę wtedy, kiedy śpi rozum. Bywają tacy, którzy nie śpią nigdy, nigdy w pełni nie wyłączają się z wydarzeń. Są świadomi, analizują, przeliczają, oceniają przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale nie tylko, nie tylko lodowato spokojnie kalkulują. Między kalkulacje dałbym radę się wtrącić. Chwila nieuwagi, dłuższego namysłu, wystarczyłaby mi, aby wejść w świadomość i podporządkować ją sobie – od precyzji myślenia bliżej jest do szaleństwa niż się wam wydaje. Poza tym, że kalkulują, ci, którzy nie śpią, kochają. I są kochani. Ta miłość napędza ich, każe im przeć do przodu, to ona każe im analizować i wybierać w życiu tak, aby móc kochać nadal. Aby pokazać jak bardzo kochają. Pewnych wyborów nie dokonuje się, gdy się kocha, przykładowo nie wybiera się samobójstwa. Przykładowo nie wybiera się ucieczki. Jeśli ktoś kocha, zamyka przede mną drzwi. Nie odwiedzę go – nie ma dla mnie miejsca.

Istnieją ludzie, którzy nie wiedzą co to miłość. Wydawałoby się, że rodzicie się z nią. Nie, to błędne przekonanie. Rodzicie się w bólu, tak wielkim, że nawet mnie przeraża, choć widziałem wiele, wiele wojen – pamiętajcie, że jestem podobno bardzo przywiązany do podążania za armią, która znaczy swoją drogę trupami. Kolejny przesąd na mój temat – kiedy chcę trupów, umiem je zorganizować sam. Ale nie o tym, ale o miłości. Tej musicie się dopiero nauczyć.

Jak przebiega nauka? Bardzo prosto. Zazwyczaj bardzo prosto. Dajesz miłość i otrzymujesz miłość, tak po prostu. Dajesz skrawek, mały ułamek, nie powiem „okruch”, bo to grafomania. Strzępek, ścinek, niewielki. Nawet bez wody wyrośnie z niego co trzeba, miłość, o której mówicie, śnicie, śpiewacie i piszecie. Nawiasem: nie znoszę pisarzy, wszystkich bez wyjątku, dobrych i złych, z Poe na czele. Odżegnuję się od wiersza i nie uważam, abym krakał na wzór słowa „nevermore”.

Sprawa z miłością jest doprawdy banalna. Dajesz – dostajesz, tylko tyle. Proste? Proste, wymiana, coś za coś, z ręki do ręki czy z serca do serca, jak kto woli. Mimo to zdarzają się wśród was tępaki. Tępaki, tacy, którzy nie pojmują. Lekcji. Nie potrafią nauczyć się kochania, choćby nie wiem jak wiele uczucia otrzymali. Są ślepi. Są upośledzeni. Nie nauczą się nigdy. To moi kandydaci na przyjaciół. Te kukły o sztywnych rękach i zimnych ustach, których nie ogrzeje żaden pocałunek. Moje kukły, zabawki, z którymi będę się bawił, aż się znudzę. A nudzę się szybko.

Nieco tylko mniej nudni są tacy, którzy są na wiecznym głodzie miłości. Widzieli ją, dotknęli na moment, a potem prysnęła. Mydlana bańka, tęczowo mieniła się, aby po chwili zniknąć bezdźwięcznie, uwielbiam to porównanie, nadużywam go, ale tak dobrze się nadaje, niemal do wszystkiego. Całe wasze życie to bańka, balon, pryśnie i już go nie ma. Ale, wracajmy, wracajmy, do tematu tych, co mieli, ale im zabrano. Tak po prostu. Ci, którym miłość zniknęła, otwierają usta do krzyku, chcą wołać, aby natychmiast wróciła. Płakać. Płacz tu nie pomoże – bańka pękła, nic jej nie poskleja. Jedyna możliwość: iść i szukać miłości gdzie indziej. Nie jest aż tak rzadka, aby wyprawa nie miała szans na powodzenie. Ale są tacy, którzy jej nie znajdą mimo to. Ci, którzy byli kochani, a nie są. A chcą. Ci są interesujący, bardzo interesujący, dla mnie.

Oferuję im siebie. Są tak wygłodniali, że przyjmą mnie z otwartymi ramionami.

Ludzie… Jesteście tak zabawni! Tak łatwo was zwieść. Najinteligentniejsze zwierzę na tej planecie, homo sapiens, jest jednocześnie bezdennie wręcz durne. Nie, może nie tyle durne, ile ślepe. To słońce, to słońce was oślepia. Tak sądzę. Świeci prosto w oczy, powoduje zawroty głowy, pragnienie. Pragnienie bycia kochanym. Niekoniecznie miłością romantyczną, może być miłość czysto platoniczna. Jesteście jak wędrowiec na pustyni, którzy czołga się w kierunku fatamorgany. Bo tam być może jest woda. Aqua vita. Waszym napojem życia jest miłość właśnie. Pójdziecie na jej mirażem wszędzie, wszędzie.

A ja was chętnie poprowadzę. Do usług. Bo to zabawne. Lubię gry.

„Konkrety!” – mówicie. Dość gadania, dość popisywania się erudycją, przytaczania symboliki i mitologii. Chcecie konkretnych informacji: jaka gra, po co gra, jakie zasady. „Konkrety!”. Niestety. Ze mną nic nie jest konkretne. Wszystko jest mętne niczym woda w stawie. To właśnie element gry, której zasady określam ja, w trakcie.

Jestem kruk, wróżebny ptak Apolla, ukarany przez niego za to, że powiedziałem mu prawdę. Powiedziałem mu prawdę! Taka była nasza gra, byłem bardziej przenikliwy niż mój pan i wiedziałem, na to zasługuje jego kochanka. Powiedziałem mu to jasno. Wyraziłem się precyzyjnie. Zabił ją. A mnie przemienił z białego w czarnego. W sumie jest mi wszystko jedno, jaką mam barwę, bylebym miał z kim grać, tak jak grałem początkowo z samymi bogami.

Potem przerzuciłem się na ludzi. Bogowie są niezwykle wręcz niekonsekwentni. Choćby dlatego, że ich nie ma, a jednak są. Czy wyrażam się jasno?

Ludzie, oprócz tego, że przepadają za miłością, że pożądają jej, jest ich świętym Graalem, bardzo lubią wróżby. Na nic zdaje się tłumaczenie, że przyszłości jeszcze nie ma, więc nie da się jej przewidzieć. Ale chcecie tego, chcecie wiedzieć, co czeka. Po co wam to? Jeśli czeka, raczej się nie znudzi i nie pójdzie sobie. Z tym, że nie czeka, bo jak wspomniałem tego nie ma. Ale żądacie ode mnie odpowiedzi, podpowiedzi, jaką drogę obrać. Skoro ma wam być lepiej, mogę udzielić wskazówek. Są one niezwykle barwne, istne fajerwerki i podobnie jak fajerwerki bezużyteczne – mrok pozostanie mrokiem, tylko na moment błyśnie i zaświeci, a potem mrok wyda się jeszcze bardziej mroczny. Lepiej nie patrzeć w światło. Od tego bolą oczy. Od światła. I potem od ciemności.

Mówimy tutaj o tylu sprawach, poważnych sprawach, rozważamy to, co czyni was ludźmi, depczemy to, tak, trochę to depczemy. Cóż mogę poradzić – nie jestem dyplomatą. Miłość? Mamy za sobą. Przyszłość? Również. Wydaje mi się, że można was sprowadzić do jeszcze prostszej postaci, skrócić niczym wielomian. Szukam, szukam. Szukam słowa, szukam klucza, szukam tego mianownika. I mam. Zawsze znajduję to, czego chcę. Zawsze. W przeciwieństwie do was – w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie znajdujecie. W dziewięciu przypadkach na dziesięć podniesiecie nie ten przedmiot, którego potrzeba. A co z jednym? Przypadkiem? Nieistotne – to świr. Wariatom dziękujemy. Dobrej nocy, słodkich snów.

Potrzebujecie wiedzieć, że wasze życie ma jakieś znaczenie. To jest to! Alfa i omega? Nie wiem, trzymam się z daleka od symboliki chrześcijańskiej, choć nie powiem, bywa interesująca. Ale niechętnie, niechętnie, w ogóle brzydzi mnie wszelki zorganizowany kult czegoś. Alfa i omega. Allah, Budda, co tam jeszcze macie w swoim panteonie? Do dupy z tym, to bzdury, ale potrzebne. Potrzebne wam, aby sądzić, że macie jakiekolwiek znaczenie. Gdyby nie miało, wskaźnik samobójstw poszybowałby w górę. Skoro jest jakiś tam bóg i powołał was, zesłał, nieważne, to znaczy, że miał wobec was jakiś plan, a skoro jest bogiem, to ten plan jest ważny, ergo wasze życie jest ważne. Robi różnicę. Robi wszechświat. Przepraszam, chwila milczenia, muszę się wyśmiać. To zabawne, takie myślenie, jest zabawne.

Nie ma żadnego sensu, ani żadnego celu, ani w ogóle nic nie ma. W waszej egzystencji. Nie ma nic. Jesteście białkiem, które z czasem rozpadnie się w proch. I zeżrą je robaki. Tyle w temacie.

Nie przeganiajcie mnie, nie moja wina, że tak jest. Ja po prostu mam odwagę i wielką ochotę powiedzieć to wprost. Nie ma w was ani krztyny. Znaczenia. Nie ma. Celu. Nie ma. Wpływu. Nie macie na nic wpływu. Zmiana. Nie wy jesteście jej motorem. Jesteście podmiotem.

W sumie to sam nie wiem po co to mówię. Nie powinienem. Po pierwsze: nie odniesie to żadnego skutku, nadal będziecie święcie przekonani, że jesteście pępkiem wszechświata, może małego, albo większego, ale kręci się to wokół was. Po drugie: przeświadczenie i zapotrzebowanie na posiadanie znaczenia jest mi na rękę. Czy na łapę. Mogę wam podrzucać strawę, którą napychać się będziecie do mdłości. Udawać, ja udaję, że jest takie coś, czynność, zachowanie, akt i jeśli go dokonacie, świat się zmieni. Świat się zmieni. Spłynie na was jakaś łaska, sława, tę kochacie. Świat się zmieni, będzie lepszy. Będzie dobry. Wasza pogoń za dobrem mnie rozczula – posuwacie się w niej do niezłych skurwysyństw. Przepraszam za język. W zasadzie to ja chyba nie mam języka. Ale gdybym nie miał, nie krakałbym. Chyba. Ze mną nic nie jest pewne.

Mam na imię kruk.

Czy jestem prawdziwy?

Nie wiem.

Chcesz kupić Zapomnij patrząc na słońce? Kliknij tutaj.