Zwykłe życie

Janusz zawsze mówił, że jedynym czego pragnie jest zwykłe życie.

– Nie potrzebuję uniesień, nie potrzebuję katastrof, nie potrzebuję skrajnych emocji, dobrze czuję się, gdy jest letnio, ani gorąco, ani zimno. Chcę zwykłego życia.

– Ale każde życie jest niezwykłe – odpowiadałam. – Nie da się mieć zwyczajnego, każdy z nas ma znaczenie, ogromne znaczenie.

– Bzdura.

Tym kończyła się każda nasza rozmowa tego typu. Janusz prychał i odwracał się, wychodził do kuchni, parzył herbatę, której potem nie pił. Znam jego wybiegi – opiekuję się nim od kilkudziesięciu lat. A on cały czas wierzy, że ja sądzę, że jest spragniony i stąd wychodzi, stuka czajnikiem, palnikami, leje wodę, szuka kubków. Wtedy kręcę głową i wzdycham. Szkoda, że Janusz nie chce zrozumieć, że nie ma zwykłego życia.

Ciągle powtarza swoje kwestie. „Nie potrzebuję wiele, wystarczy mi zwykłe życie”. Niestety „zwykłe” to podstępne słowo. Niezwykłość uzyskać łatwo, wystarczy dajmy na to zrobić coś niesamowicie dobrego, albo też iść w drugą stronę i zapełniać nagłówki gazet doniesieniami, od których jeżą się włosy na głowie. Poza tym, jak mówiłam, z automatu jesteśmy niezwykli, tylko na różną skalę. Jeden dostanie Nobla, a drugi ściągnie kota sąsiadki z drzewa. Skala – inna. Czyn – niezwykły. To mu próbuję wyjaśnić.

– O czym marzysz? – pytam go często.

– Marzę tak po prostu: rodzina, praca, dom. Zwierzę domowe, kot czy kundel. Od czasu do czasu drobne przyjemności: urodziny, tort, Boże Narodzenie.

– A co masz?

– Nie to.

– Chodzi o Sabinę?

– Nie twoja sprawa – oburza się Janusz. – A poza tym to nie ma z nią nic wspólnego.

Sądzi, że się nie domyślam, jak naprawdę jest z jego żoną. Oczywiście, że wiem. Od czasu do czasu on wtrąca jakieś uwagi na temat Sabiny – wystarcza, aby wysnuwać wnioski. Poza tym nawet gdy nie mówi, widzę. Znam go doskonale. Widzę, że nie jest dobrze. Ale on nie chce dać sobie pomóc.

#

Rodzice Janusza zmarli gdy miał osiem lat. Nagle, kompletnie bez ostrzeżenia, zapowiedzi, ani jednego proroczego snu. Kiedyś usłyszałam od Sabiny, przy jednej z rzadkich okazji, kiedy się spotkałyśmy i zamieniłyśmy kilka słów, że widzi we śnie, co stanie się w przyszłości.

– A co widzisz? – zapytałam. Nie wierzę w takie brednie, ale zapytałam mimo to, bo chciałam potrzymać rozmowę, która zaczęła się od lektury horoskopów w codziennej gazecie – ja gotowałam, a Sabina przeglądała i czytała na głos.

– Nie umiem dokładnie tego opisać. To takie jakby… Trzepotanie… Jak ptak, coś widzę, ale potem zapominam. Ale czuję, że mogłabym nie zapominać i wiedzieć, co będzie. Tak mi się wydaje – zakończyła i zamilkła. To była jedna z naszych ostatnich rozmów – potem Sabina obraziła się na mnie do tego stopnia, że Janusz odwiedzał mnie nic jej nie mówiąc.

– Awanturuje się, że przesiaduję u ciebie, a nie w domu – tłumaczył. Nie komentowałam. Bo po co? Wyszedłby po herbatę.

Szkoda, że wpada do mnie tak rzadko. Kiedyś spędzałam z nim całe dnie. Kiedy w końcu udało mi się wydrzeć go z domu dziecka – procedura adopcyjna ciągnęła się niemiłosiernie – zamieszkał u mnie. Myślałam, że oszaleję, gdy wszystko się przeciągało; nie mogłam patrzeć na to biedne dziecko, które odwiedzać wolno mi było tylko raz dziennie, na dwie godziny. Ale urzędnicy i strażnicy dziecięcego dobra nie spieszą się. I stawiają wymagania – babka Janusza była za stara, podobno nie rokowała i nie dawała gwarancji, że zajmie się nim jak trzeba. Mnie na szczęście zaakceptowali, chociaż trochę narzekali, że panna.

– Chuj wam w dupę – miałam ochotę powiedzieć, ale milczałam. Nic by to nie dało. Zachowałam dla siebie.

Ostatecznie, po blisko roku przebywania w domu dziecka, Janusz trafił do mnie. Ten rok odcisnął się na nim i nie mogłam tego piętna usunąć. Tak to w życiu jest, że pamięć działa najlepiej jeśli chodzi o traumę. Zapomina się chwile, które były wyjątkowe, a zapamiętuje to, co bolało. I nie ma mowy, aby się tego pozbyć. To zostanie na zawsze, przyczai się, będzie kierować wyborami, a kierowany nie będzie tego świadom. Czy Janusz dziś już nie pamięta tamtego roku? Nie sądzę. Czy uporał się z tym? Nie, i to widać po jego postawie wobec Sabiny, po tym wytrwałym dążeniu, aby za wszelką cenę, wbrew faktom, tworzyć z nią – kaleki – dom. Ale o tym też nie chce rozmawiać.

#

Między nami układało się dobrze, do momentu, gdy pojawiła się Sabina. Skąd się wzięła? Nie mam pojęcia, Janusz nigdy mi tego nie wyjaśnił. Po prostu pewnego dnia przyszedł i oświadczył, że się zakochał.

– Zakochałem się i chyba się ożenię – powiedział. Jego ton nie pasował do wypowiedzi. Janusz brzmiał tak, jakby nie był do końca przekonany. Sądziłam wtedy, że to normalne – mężczyźni wobec poważnych decyzji wahają się.

– Świetnie! – odparłam. – Kiedy ją poznam?

– Wpadniemy w niedzielę na obiad.

Wpadli, ale nie w tę niedzielę, na którą się umawialiśmy lecz dużo później. Sabina albo nie miała czasu, albo była chora, albo musiała pilnie spotkać się z kimś innym.

– Rozumiem – odpowiadałam za każdym razem. I nie rozumiałam, ale nie komentowałam – kobiety wobec poważnych decyzji chyba również się wahają.

W końcu przyszli. Nie spodobała mi się. I nie chodziło mi o jej wygląd, strój czy maniery, które pozostawiały sporo do życzenia. Ani o to, ile wypiła – zdarza się. Chodziło mi o to, że czułam, że ona ukrywa coś przede mną. Gra.

Janusz tego nie widział – ona była piękna. Idealna, perfekcyjna, wspaniała, była wszystkim, czego mógłby pragnąć mężczyzna. Do tego nie milczała, jak zwykle milczy Janusz, bo jest małomówny – gadała i gadała i to mu imponowało; była wstawiona. Odgarniała włosy z twarzy. Śmiała się. A on patrzył na nią z uwielbieniem i pewnym przerażeniem, jakby nie rozumiał, dlaczego Sabina wybrała jego. Szczerze? Też nie wiedziałam. I nie wiem do dziś. Przypuszczam jednak, że i ona, i Janusz zostali porządnie przyciśnięci.

– Czy jesteś pewien, że chcesz tego ślubu? – zapytałam go, gdy wybraliśmy się razem po garnitur.

– Tak.

– Może zastanowisz się jeszcze? Po co tak szybko…

– Szybko, nie szybko, to nie ma znaczenia.

– Wahasz się, prawda?

– Tak.

– Dlaczego? – zapytałam i zatrzymałam się. On też. Usiedliśmy na ławce.

– Bo… – Nie przerywałam, czekałam, co powie. – Bo wydaje mi się, że ona jest niebezpieczna. Że ona jest… Powiedzmy to jasno: ona jest po prostu nienormalna. Sam nie wiem… Może powinienem trzymać się od niej z daleka.

– Musisz zdecydować.

– Ale sprawy potoczyły się tak szybko…

– I co z tego?

Westchnął. A potem okazało się, że nie umie przeciwstawić się pędowi Sabiny i jej rodziny do ślubu. Nie komentowałam więcej, po prostu pojawiłam się na ceremonii i życzyłam wszystkiego najlepszego, i naprawdę miałam nadzieję, że się poukłada. Że Janusz będzie miał swoje zwyczajne życie, o którym marzy. „Marne szanse” myślałam.

#

Potem oczywiście ciąża. Janusz się cieszył. Sabina jakby mniej, ale też. Snuła plany, czytała książki, przygotowywała się. Wydawało mi się, że z nią lepiej – dostała szansę, aby wygrzebać się z kłopotów, których narobiła, a o których wiedziałam – sąsiedzki system informacyjny. Moje dawne „marne szanse” poszły w odstawkę. Wydawało się, że jest w porządku. Zwyczajnie.

I wtedy, po kolei, zmarli jej rodzice. Ojciec tragicznie, podczas pożaru w Czechowicach. Wszystko, co Janusz budował, precyzyjnie składał, aby uzyskać swoje zwykłe życie, po prostu się rozsypało. Mało tego: nie dość, że się rozsypało, to nagle zaczęło wirować, układać się w przerażający sposób.

Janusz przyszedł wtedy do mnie i płakał.

– Sabina opowiadała mi o kruku. Mówiła, że widziała go we śnie. I widziała ojca. Miała te sny od jakiegoś czasu. Budziła się z krzykiem. Prosiła, abym coś zrobił, nie pozwolił na to.

– Na co?

– Nie wiem. Teraz mówi, że wiedziała, że ojciec umrze, a nie zrobiła nic. I że kruk nadal przychodzi.

– Mnie też kiedyś mówiła o proroczych snach, uważam, że to bzdura. Albo gra pod tytułem „mała dziewczynka, którą należy pocieszać”.

– Nie mów tak!

– Przecież to prawda!

– Słuchaj… Nie wiem, co powiedzieć, nie mogę zebrać myśli… Ona jest w ciąży, zaraz rodzi. Pewnie to jest powodem rozchwiania.

– Albo wódka – Po raz pierwszy otwarcie powiedziałam, że wiem, że ona pije.

– Ona nie pije – zaprzeczył; oni zawsze zaprzeczają. – Tak czy owak, prędzej czy później przejdzie jej. Urodzi, zajmie się dzieckiem.

– Z pewnością, bardzo troskliwie.

– Wiesz co? Nie będę z tobą rozmawiał – odparł. Wstał szybko, przewrócił krzesło. Wyszedł.

#

Nie widziałam go przez długi czas, ale wiedziałam, co się u niego dzieje. Wiedziałam o Hance, wiedziałam, że Sabina, jak przewidywałam, nie interesuje się nią. Początkowo postanowiłam, że nie będę się wtrącać, ale zwyciężyło to, że kocham Janusza. I kochałam Hankę, chociaż nigdy jej nie widziałam.

Po raz pierwszy miałam okazję, gdy miała blisko pięć miesięcy. Po prostu przyszłam do nich, bez pytania, zapukałam, weszłam, mimo, że mina Sabiny mówiła wyraźnie, że nie jest zadowolona. Poszłam do sypialni, gdzie stało łóżeczko. Pochyliłam się.

Zobaczyłam dziewczynkę, która nie wyglądała na swój wiek – była maleńka. I bardzo szczupła. Brudna. I smutna. Serce po prostu mi pękło. Pochyliłam się mocniej, aby ją podnieść, a ona zacisnęła powieki, bała się mnie. Bała się dotyku.

– Co ty jej robisz? – zapytałam Sabiny, która stała w progu i przyglądała się nam. Przytuliłam dziecko.

– Nic – odparła i poszła do kuchni. Po chwili poczułam zapach papierosów – paliła.

Kiedy Janusz wrócił z pracy, zabraliśmy Hankę na spacer. Nie wyglądał dobrze. Był zgarbiony i bardziej milczący niż zwykle. Szedł powoli, miał rozsznurowane buty, ale nie zwracał na to uwagi. Był obojętny, jakby zapadł w jakiś letarg.

– Co się dzieje? U ciebie? – zapytałam. Chciałam pogłaskać go po plecach, ale się odsunął. Zareagował zupełnie jak Hanka.

– Nic.

– Janusz!

– Sabina ma kłopoty z tym, żeby… Jakoś ogarnąć dom, dziecko…

– Siebie.

– Przestań!

– Janusz! – zatrzymałam się. Położyłam mu ręce na ramionach. – Odejdź od niej. Nie jestem głupia, widzę, co się dzieje.

– Nie mogę.

– Dlaczego?

– Hanka – wskazał dziecko.

– To oddaj mi Hankę, na jakiś czas. Zajmę się nią.

– Sabina się nie zgodzi.

– Chryste! – podniosłam głos. – Mówisz, że się nią nie zajmuje, to co jej za różnica, czy Hanka jest z nią czy nie?

– Nie wiem. Dobrze, porozmawiam z nią na ten temat.

#

Porozmawiał z nią. I przyszła do mnie, wściekła, z zaczerwienioną twarzą, białka oczu podbiegnięte krwią – przepicie. Weszła; nie zamykam drzwi, bo wszyscy się tu znamy. Wpadła do mojego mieszkania, przebiegła przez nie, znalazła mnie w salonie. Czytałam. Wyrwała mi książkę i cisnęła nią o ścianę.

– Ty stara kurwo, jeszcze raz, powtarzam, jeszcze raz powiesz coś takiego, a popamiętasz!

– Sabina, uspokój się, usiądź, porozmawiamy – zaproponowałam pojednawczo, bo cały czas pamiętałam o Hance. Gdyby nie Hanka, pewnie wyprowadziłabym Sabinę za łokieć na korytarz.

– Nie będziemy rozmawiać. Już powiedziałam, co chciałam. Jeszcze raz się zbliżysz do Janusza, będziesz miała kłopoty. – Pogroziła mi palcem. Skrzywiłam się, ale nie widziała tego, bo już wychodziła.

Trzasnęła drzwiami.

Obiecałam sobie, że jej nie popuszczę.

#

Janusz nie przyszedł do mnie, pewnie bał się Sabiny. Szukałam z nim kontaktu, co nie było trudne – wiedziałam, gdzie pracuje, którym autobusem jeździ do pracy. Przychodziłam pod bramę kopalni i odprowadzałam go na przystanek. I mówiłam do niego.

– Tak nie można! Janusz! Musisz się jakoś ogarnąć, musisz odejść od niej, jeśli nie dla siebie, to dla dziecka!

– Żaden sąd nie przyzna mi opieki nad Hanką.

– Ona to powiedziała? Sabina?

– Tak. Ale to prawda.

– Gówno prawda! Proszę cię, spakuj się choćby jutro, odejdź od niej. Pomieszkacie u mnie.

– Nie chcę.

– Dlaczego?

– Bo ją kocham. Kocham Sabinę.

– I co z tego? Miłość niby zwycięży wszystko? To może zastanów się, czy kochasz córkę! Jeśli wybierasz Sabinę, to nie kochasz.

– To nie takie proste.

– Janusz… – złagodniałam. – Chciałeś innego życia niż to. Pamiętasz? Zwykłe życie?

– Pamiętam. Wolałbym nie pamiętać.

– Nie, masz pamiętać! Masz do tego dążyć! Janusz, przeszedłeś w życiu tak wiele, a teraz składasz broń?

– To nie tak. Po prostu… Nadzieja umiera ostatnia.

– A powinna pierwsza.

– Może…

– To się źle skończy.

– Możliwe.

#

Starałam się dostarczyć mu argumentów. Pokazać coś, co nim wstrząśnie. Rozmawiałam z sąsiadami Janusza, potem przekazywałam mu relację o tym, co dzieje się w mieszkaniu, gdy go nie ma. Z Hanką. Nie słuchał.

Widziałam Sabinę, jak obmacywała się z innym mężczyzną w bramie w centrum Katowic. Powiedziałam mu. Nie słuchał.

Zaczęłam na niego krzyczeć, bo byłam bezsilna wobec tej jego całkowitej kapitulacji, którą cały czas tłumaczył Hanką. Jego argumentacja była co najmniej pokrętna.

Mówił, że kocha Hankę. Nawet za bardzo. I ma wobec niej dobre intencje i chce, aby córce było dobrze. Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi intencjami – tak mu powiedziałam. W sytuacji, w jakiej tkwisz, odbierasz jej wszelkie szanse na normalną przyszłość. Nie słuchał.

Mówił, że się stara. Że kiedy Hanka się urodziła, płakał ze szczęścia. Że wtedy czuł, że coś w życiu, w popierdolonym życiu, mu wyszło.

Uciekał się do łzawych wywodów.

– Każdego dnia widzę, że ona jest cudem. Ale cud ma niestety, z powodu Sabiny, ciężkie życie. Staram się, aby Sabina nie zgasiła tego światełka, które Hanka ma w sobie. Tego czegoś dobrego, czego brakuje i Sabinie, i mnie, ale Hanka to ma. My dawno straciliśmy swoje światło. Nasze światło zgasło, ale świeci w Hance. Dlatego zrobię dla mojej córki wszystko, co w mojej mocy.

– To odejdź od Sabiny, zamiast gadać jak nawiedzony kaznodzieja!

– Nie mogę. Umiem, co umiem. Jestem, kim jestem. Ale staram się. Czy starania to spoiwo bruku dobrych intencji, na drodze do piekła, ciociu? Nie.

– Janusz…

– Chciałbym, aby Hanka była szczęśliwa. Szczęśliwa przez cały czas, nie tylko wyrywkowo. Chciałbym, aby miała dobrą pracę, która pozwoli jej być niezależną. Chciałbym, aby miała rodzinę, z której będzie dumna. Chciałbym, aby wyrosła na mocną kobietę, która będzie świadoma siebie i swojego znaczenia. Chciałbym, aby Hanka miała lepsze życie, niż ja.

– To odejdź od tej szmaty! Do kurwy nędzy, Janusz!

– Czuję, że nie mogę jej tego zapewnić – kontynuował, jakby nie słyszał moich przekleństw, mówił jak maszyna, bez emocji. – Mogę niewiele. Czasem, może, obronić Hankę przed Sabiną. Za rzadko, zbyt często wściekłość Sabiny mnie obezwładnia. Jestem na siebie z tego powodu zły i nie umiem sobie z tym poradzić. Powinienem… Powinienem coś zrobić, nie wiem co, wykazać, inicjatywę…

– Dokładnie. Rozumiem, że ci ciężko… Ale musisz się pozbierać!

– Ale z jednej strony kocham córkę, ale kocham też Sabinę. Z jednej strony chcę mojej córce zapewnić wszystko, z drugiej marzę, że Sabina zacznie mnie kochać.

– Pułapka.

– Widzę wyjście z tej pułapki, ale z niego nie korzystam.

– To skorzystaj, zanim będzie za późno.

To była jedna z naszych ostatnich rozmów. Rozmów głębszych, w których Janusz trochę się odsłonił, pokazał mi, co ma w środku. Potem? Potem były zdawkowe pogawędki. Według utartego schematu, ja: odejdź, on: ładna pogoda.

Nie mogłam tego znieść.

#

Ostatecznie poddałam się, jak i on się poddał. Najpierw przestałam z nim rozmawiać na temat Sabiny i domu, potem w ogóle przestałam do niego jeździć. I wtedy zrozumiałam, co czuł. Nie rozumiałam tego wtedy, gdy powtarzałam do znudzenia, że powinien, musi i tak dalej. Rozumiem teraz – czasem sytuacja przytłacza tak bardzo, że się rezygnuje. Tak po prostu, nawet bez wielkiego żalu czy smutku. Albo złości. To jest po prostu zgoda, poddanie się czemuś nieuniknionemu…

Poddałam się. Wyrzucam to sobie i jednocześnie siebie rozumiem.

Czasem po prostu trzeba odpuścić. Czasem po prostu inaczej się nie da.