Dziewiątego lipca – fragment

Premiera „Dziewiątego lipca” już niedługo – 16 listopada. A dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić niewielkim fragmentem książki. Mam nadzieję, że zachęci Was do dalszej lektury. Uwaga: to wersja sprzed korekty – widzicie dzieło w takiej formie, w jakiej opuszcza mój warsztat. Miłej lektury!

                                                                                                                                                                                            I.     Zasady

Andrzej

W porze wieczornego obchodu Andrzej stanowczym krokiem przemierza swój oddział, środkiem korytarza, gdzie wykładzina jest mocniej wytarta (na środku i tam, którędy jeżdżą koła łóżek), ręce w kieszeniach, kieszenie pełne notatek, źle wypełnionych recept i wypisanych długopisów. Machinalnie rejestruje stan pacjentów, odpowiada zdawkowo, jest zamyślony. Zajmują go zasady bycia dobrym lekarzem, może nie tyle „dobrym”, ile skutecznym, bo „dobry” budzie ciepłe uczucia, skuteczność natomiast jest zimna i ostra – tej ostrości oczekują pacjenci. Lecz mowa nie o nich, tylko o zasadach, bo one są ważniejsze niż ludzie. Bez zasad wszystko by się rozjechało niczym zostawiony w ciepłym pokoju tort – niby nadal to smaczne, ale jakieś nieapetyczne. Zasady muszą być i musi być plan, ale o nim później.

Trudno się na nich skupić – jest gorąco, a on jest zmęczony. Dziewiąty lipca, dwa tysiące czwartego roku. „A lato było piękne tego roku” przypomina sobie Andrzej jakiś cytat z książki do języka polskiego – nie był zbyt dobry w te klocki. Przez cały dzień słońce docierało bezlitośnie do każdego zakamarka. Ziemia pękała, asfalt roztapiał się na ulicach. Wyschnięte wróble padały z pragnienia, wyłączono fontanny, bo brakło wody. Kwiaty przeżywały już ostatni, agonalny stan. Pelargonie, surfinie zwisały smętnie, płakały kwiatami. I tak od tygodnia; Dagmara podlewała je co wieczór, sucha ziemia wsysała wodę. W mieście pusto, Mad Max i fruwające reklamówki z Biedronki.

Na izbie przyjęć – sądny dzień. Staruszkowie. Padają jak ścięci podczas przekopywania ogródków działkowych i taszczenia dziesięciolitrowych baniaków z wodą dla pomidorów. „Dlaczego oni to robią?”. Starsze panie, szepczące modlitwy, umordowane opieką nad wnukami – dzieciom upał nie wadzi, im – owszem. Nawet bardzo. Przeceniający swoje siły biegacze w podkolanówkach; ich spocone ciała odciskają na leżankach spocone kontury. Sercowcy z dzikimi oczami, jak koń u Podkowińskiego łypią białkami, bo odbiera im oddech. Standarowi rozbitkowie z toyot i fiatów, zamroczeni gorącem, przecinający ulice na czerwonym. Roztargnieni rowerzyści ze światła pozornie, jak się okazało, zielonego. Ciężarne, zakrywające tygodnikami zalane gorącymi wodami spódnice, kłaniające się raz po raz w pas, skurcz za skurczem. Astmatycy, alergicy, oni są tu niemal zawsze. Podobnie jak budowlańcy o zapachu papierosów i wapna, magazynierzy o spłaszczonych paletami stopach, pracownicy produkcji pozbawieni tego czy owego palca. Wszystkich ich musiał dziś załatwić, zgodnie ze swoimi zasadami postępowania z pacjentami.

Zasad jest trzy, to bardzo dobra liczba, nie za duża i nie za mała. Zasada pierwsza: nie myśleć o konsekwencjach. Jesteś tu i teraz. Jeśli pacjent zejdzie, mówi się trudno, przecież przyjdzie następny. Nie wolno zaprzątać sobie głowy tym, że ktoś spokojnie śpiący na stole jest śmiertelną istotą, do której śmierci można się w pewnym sensie przyłożyć. Gdyby Andrzej myślał o tym, co może się stać, a nie powinno, bo bardzo nie lubi, gdy pacjenci mu umierają, nie dałby rady pomóc tym, którzy nie umierają i u których wszystko układa się tak jak powinno. Lubi, kiedy się układa. Zapisuje w kartotece rozpoznanie, analizuje, notuje etapy leczenia, oczekiwane rezultaty i rezultaty faktyczne. Muszą się zgadzać, Andrzej przepada za ich zbieżnością, chociaż kiedy się rozchodzą też jest ciekawie, bo trzeba kombinować jak zrobić, żeby się zeszły. Mogą się trochę rozłazić, byleby nie umierali. Ale przecież o umieraniu Andrzej nie myśli. Nigdy. Może czasem. Ale post factum.

Zasada numer dwa: nie pytać ich o imiona. Nawet jeśli przypadkiem poznasz imię pacjenta, bo mu się wymknie, przeczytasz je, ktoś się nim posłuży i tak dalej, nigdy, przenigdy nie należy go używać. Pacjent powinien być „przypadkiem”, a nie kimś. Nadawanie tożsamości zaczyna się właśnie od imienia. Tak to sobie kiedyś wymyślili z Januszem, kiedy jeszcze rozmawiali, bo teraz nie rozmawiają i nie zanosi się, aby zaczęli od nowa. Andrzej nie dowie się, czy dawny kolega stosuje się do zasady „zero imion” czy też nie. Januszowi pewnie jest trudniej, bo i działkę ma bardziej sprzyjającą spoufalaniu się. Ale co to Andrzeja obchodzi?

Z zasady drugiej bezpośrednio wywodzi się trzecia: nigdy nie rozmawiać z nimi o sprawach niezwiązanych z leczeniem. Jeśli próbują robić jakieś wtręty prywatne – ucinać, konsekwentnie ucinać, a jeśli coś tam już wypaplali, natychmiast o tym zapominać, raz i na zawsze. Jeśli pozwolisz im gadać, ani się obejrzysz, a wiesz o pozostawionym w domu kocie czy kanarku, o bliskich, którzy czekają w korytarzu na pomyślną wiadomość, o sąsiadach, o schodach i zacinającej się windzie, ulubionych kwiatach i cenach szynki na rynku. Potem przychodzi adres, opowieści o wiszących nad meblościanką reprodukcjach, kryształowych miskach na cukierki dla wnucząt, papierosach palonych w nocy na balkonie. Kanał.

Gdyby Andrzej myślał o nich jak o ludziach z przyległościami i nie stosował się do trzech zasad, nie dałby rady im pomóc, ponieważ poczułby strach. To znaczy… Ten strach zawsze gdzieś się pałęta, ale Andrzeja nie rusza. Jest już za stary, za długo pracuje, aby jeszcze się nim interesować. Pewnie gdyby personifikował przypadki, strach byłby większy. Każda bliższa relacja wiąże się ze strachem właśnie. Bliższa relacja krępuje ręce, trzeba z nią walczyć. Zależy. Martwisz się. Lepiej się tym nie obciążać, ciąć, szyć, robić swoje. Wyjść po pracy, nie myśleć o nich. To Andrzej też potrafi – zostawia zestaw trzymanych na dystans przypadków kolejnej zmianie i już go nie ma.