Jeden Bóg

Miran Zieliński jest zdolnym genetykiem. Sfrustrowany pracą w Austrii, która nie daje mu możliwości rozwoju, postanawia wrócić do Polski i korzystając z pomocy finansowej zamożnego kochanka zrealizować plan. Plan, który pozwoli bez końca przedłużać ludzkie życie.

Zaskakujące zwroty akcji i liczne odniesienia do faktycznych odkryć naukowych prowadzą czytelnika w stronę kuszącej, przerażającej, a jednocześnie bardzo prawdopodobnej wizji przyszłości, w której jednej korporacji udaje się zdobyć niemal nieograniczoną władzę nad światem.

Fragment książki



Książka dostępna w sklepie! 





Opinie




Zobacz recenzje

Fragment


Ubrał się starannie. Poszedł piechotą, od czasu do czasu spoglądając na swoje odbicie w szybach wystawowych. Podobało mu się to, co widział, zwłaszcza czerwony krawat. W końcu stał się sobą, takim, jakim planował być.

Ostatni raz sprawdził, jak leży granatowy garnitur od Brooks Brothers, przechodząc przez drzwi hotelu, w którym odbywała się konferencja. Uznał, że Andreas będzie z niego zadowolony. Belg nie znosił flanelowych koszul, sztruksowych marynarek i trampek, w których kiedyś gustował Mirek. Bez pytania Andreas po prostu się ich pozbył i zapełnił szafę kolegi koszulami Rage Age, swetrami Polo i skórzanymi butami. Mirek czuł się z tego powodu skrępowany, ale szybko przestał. Teraz przesunął na środek krawat i poprawił poszetkę. Na srebrnym patku philippie sprawdził godzinę – zdążył przed czasem. Znów zerknął na swoje odbicie. „Jak ja w ogóle mogłem uważać flanelową kratę za stylową? Żeby to chociaż był element hipsterskiego luzu…” – pomyślał zażenowany i wszedł do środka.

Sylwię wypatrzył zaraz przy drzwiach. Oparta o framugę, w dłoni trzymała na wpół opróżniony kieliszek z szampanem. Podszedł i dotknął jej ramienia.

– To nasz bilet do wielkiego świata – powiedział. Drgnęła, zaskoczona powitaniem. Szampan w naczyniu zafalował i zasyczał.

– Cześć! – odparła. – Co mówiłeś?

– Że to nasz bilet do wielkiego świata. Ten, na kogo właśnie patrzysz. Cześć! – uśmiechnął się i już zamierzał sięgnąć po alkohol, którym częstował ubrany we frak kelner, gdy ostatecznie rozmyślił się, widząc, że Sylwia oddała swój kieliszek.

– Co? Nie rozumiem. Co jest biletem? – zapytała znowu.

– Nie co, tylko kto. On. Andreas Maes – odparł Mirek, wskazując kierunek krótkim ruchem głowy.

Pośrodku, pomiędzy dwoma dobrze ubranymi wysokimi kobietami, stał atrakcyjny mężczyzna. Rozmawiał z jednym z profesorów TransGenu, współpracownikiem Mirka, którego Sylwia znała z widzenia i nie lubiła – był do szpiku kości przesiąknięty uprzejmą nienawiścią do wschodnich nacji, i to z jego powodu obydwoje, Sylwia i Mirek, na dobre utknęli w hierarchii krępującej ruchy austriackiej spółki badawczej. Naukowiec patrzył głównie na dziewczyny, które Andreas zdawał się ignorować. Nieuważnie słuchał wywodu rozmówcy i jednocześnie rozglądał się po sali. Zauważył Mirka i zatrzymał na nim wzrok. Mrugnął w niemal niezauważalny sposób, dając znak, aby podszedł i przerwał rozmowę, na którą Andreas nie miał ochoty. Mirek zrozumiał.

– Chodźmy! – rozkazał i ruszył przed siebie, a Sylwia za nim.

– Cześć! Miło cię widzieć! – przywitał go Andreas, przerywając profesorowi w pół zdania. Starszy mężczyzna był jego zachowaniem oburzony, ale Maes udawał, że tego nie widzi. – Świetnie wyglądasz! – pochwalił Mirka, znowu się uśmiechnął i wykonał gest oznaczający coś smakowitego – szybkie pocałowanie opuszków palców. Sylwia była zażenowana. Po dziedzicu belgijskiej fortuny zbitej na przemyśle wydobywczym spodziewała się większej powściągliwości.

– Cześć! – odpowiedział Mirek. – Też się cieszę, że cię widzę! – stanął bardzo blisko Belga i delikatnie przesunął dłonią po jego plecach. Andreas na moment chwycił ją i mocno ścisnął.

– Czy to Satia? – zapytał, zwracając się po trochu do Mirka, po trochu do Sylwii. Odruchowo chciała skorygować pomyłkę. „Sylwia, nie Satia” – niemal wyrwało się z jej ust, ale powstrzymało ją spojrzenie kolegi. „Cicho”.

– Tak, to ja – powiedziała i wyciągnęła dłoń. Uścisnęła rękę Maesa i uśmiechnęła się.

– Miran dużo mi o tobie mówił. Same superlatywy! – zaśmiał się Belg.

„Aha, czyli już obydwoje zostaliśmy przechrzczeni” – pomyślała Sylwia. Zaśmiała się również.

– Na pewno przesadzał – zażartowała.

– Jestem pewien, Satio, że nie – odparł Andreas, który najwyraźniej dobrze opanował sztukę konwersacji. Sylwia pokiwała z uznaniem głową.

– Chodźmy do naszego stolika – zaproponowała, nie dając się oczarować miłymi słowami. – Zaraz się zaczyna.

– Chętnie! – odparł Andreas. – Miran, prowadź!

Usiedli z boku, razem z kilkoma osobami z działu zajmującego się środkami ochrony roślin. Pestycydowcy zajęci byli własnymi sprawami, więc Satia, Miran i Andreas poprzestali na zdawkowym powitaniu. Na rozmowy i tak nie mieliby czasu. Kelner zdążył nalać wody i zapytać, czy czegoś jeszcze potrzebują, gdy na ekranie z tyłu sceny pojawił się zwiastun prezentacji. Zza przepierzenia wyszedł na podwyższenie dyrektor TransGenu. Zbliżył się do mikrofonu, chrząknął w zwiniętą dłoń, poprawił marynarkę i rozpoczął od wylewnego powitania, podczas którego technicy ściemnili światło. Sylwia zauważyła, że Mirek i Andreas przysunęli się bliżej siebie. Szeptali coś, czego nie mogła usłyszeć, niemal ocierając się o siebie policzkami.

– Co z naszymi planami? – dotarło do jej uszu pytanie Mirka.

– Pożyjemy, zobaczymy – odparł Maes i napił się wody.

***

Andreas bawił się wyjętym z wewnętrznej kieszeni marynarki caran d’ache’em. Podnosił pióro do góry, opierał o stół, przesuwał palce w dół, okręcał i powtarzał czynności od początku. Tymczasem trzeci z kolei prelegent, kompletnie niezrażony tą manifestacją znużenia (możliwe, że oślepiony reflektorami nawet jej nie zauważył), kontynuował wywód. Andreas obrócił pióro ponownie. Po złotej oprawce prześlizgnął się promień światła. Westchnął. Żałował, że przyszedł. Zrobił to tylko dlatego, że Miran poprosił.

– Wpadnij, posłuchasz, o co chodzi. Może przekonasz się, że nie opowiadam głupot – przekonywał. – Będzie sporo konkretnych informacji, ciekawych informacji. Interesujących z biznesowego punktu widzenia! – kusił. Namawiał tak długo, aż Andreas się zgodził. Każdemu innemu odmówiłby, ale do Mirana miał pewną słabość. Chłopak był atrakcyjny, chętny, a przy tym niesamowicie uległy. Poddawał się wszystkiemu, czego Maes oczekiwał, i to wciągało. Właśnie dlatego spotykał się z Miranem od dobrego roku i jak na razie nie miał dość jego towarzystwa. Sam się temu dziwił – zazwyczaj lubił zmiany. Fakt, od czasu do czasu szukał jakiejś odskoczni, jednak niezmiennie wracał do „swojego ulubionego mózgowca”, jak określał Mirana. Teraz wolałby być z nim gdzie indziej, sam na sam.

– W chwili obecnej prowadzimy zaawansowane testy owsa C-17-G-8 – prelegent ciągnął rozpoczętą przed dwudziestoma minutami prezentację. Andreas z trudem powstrzymał ziewnięcie. – Owies to roślina niezwykle istotna w naszej gospodarce. Niestety, ze względu na specyficzną topografię Austrii i dominację obszarów o ostrym klimacie uprawa standardowej odmiany ma marginalne znaczenie, pomimo że owies nie potrzebuje wiele, by dawać dobry plon. Natomiast odmiana nieznacznie zmodyfikowana genetycznie radzi sobie i na słabej glebie, i w niskiej temperaturze.

Na ekranie pojawiły się kolejne ilustracje przedstawiające coś, co Andreas uznał za trawę, a następnie zostały wyświetlone zbliżenia nałożonych na szalki Petriego preparatów. „Te są ciekawsze niż reszta, przynajmniej kolorowe” – uznał. Na moment zawiesił na nich wzrok, a potem znowu przeniósł go na ścianę. Obrócił pióro. Przypadkiem wypadło mu z dłoni i zadzwoniło o kryształową szklankę, a reszta siedzących przy tym samym stole gości spojrzała na niego z dezaprobatą. Wzruszył ramionami i nadal bawił się jak do tej pory.

– Zanim przejdę do kolejnych roślin, chcę pokazać zestawienie kosztów i korzyści – zapowiedział profesor. Ekran na moment zgasł, a potem miejsce barwnych próbek zajęła pełna liczb tabela. Lubiący arkusze kalkulacyjne Andreas odruchowo przeanalizował dane.

Z prezentowanego zestawienia wynikało, że zakończenie badań i poprowadzenie eksperymentalnych upraw modyfikowanego owsa przez okres od roku do dwóch lat na większym niż dotychczas obszarze, pozwalającym na weryfikację wyników w skali makro, kosztowałoby nieco ponad milion euro. „Drobne”. Strona przychodowa prezentowała się bardzo obiecująco. Korzystająca wyłącznie z nasion naturalnych Austria produkowała około sześciu dziesiątych procent światowego owsa. Odmiana określana jako trans dawałaby jej szansę na zostanie światowym liderem. Nawet jeśli założenia te były zbyt optymistyczne, skłaniały do myślenia. A Andreas potrafił myśleć szybko.

– Chodźmy – powiedział półgłosem do Mirana i Satii, po czym wstał. Nie pytali dokąd i po co. Po prostu wyszli na korytarz. – Chodźmy na bok – zaproponował Andreas i zaciągnął Mirana za ściankę oddzielającą hol od korytarza prowadzącego do wind. – Mamy do pogadania.

– O czym? – zaniepokoiła się Satia.

– O planach.

Miran od dawna przekonywał Andreasa, aby zainwestował w badania i propagowanie żywności genetycznie modyfikowanej. Miał wiele propozycji, nie posiadał jednak środków, aby samodzielnie wystartować. Dlatego raz po raz prosił Andreasa o pomoc. Belg słuchał go nieuważnie, obiecując, że zbada sprawę, ale ciągle to odkładał. Zajęty był wysoce ryzykownymi, ale też potencjalnie zyskownymi inwestycjami w surowce, które uważał za mniej wymagające niż zależna od pogody produkcja rolna. Jego wiedza o organizmach trans ograniczała się do tego, co widział w reklamach przemawiających za GMO i GMO przeciwnych, ale nie pomyślał o tym jako o źródle zarobku. Do dziś.

– Co jeszcze potraficie wyprodukować? – zapytał bez ogródek.

– Wszystko – odparł Miran.

– Dokładniej. Satia, ty powiedz! – rozkazał. Miran mógł koloryzować, ale kobieta w jego ocenie była bardziej prostolinijna.

– No, wszystko… – powtórzyła. – Rośliny, zwierzęta…

– Krowy? Przykładowo konie? Umiesz wyprodukować konia? Takiego, jak zechcę? Wyścigowego, porządnego konia?

– Umiem, ale to nielegalne – odpowiedziała Satia.

– Nie wolno tego robić? Przecież owcę Dolly jakoś zmontowali! – zaśmiał się Andreas.

– Tak, jedną. I podniósł się krzyk o zabawie w Boga. Obecnie obowiązuje zakaz klonowania organizmów bez specjalnego zezwolenia – wyjaśnił Miran.

– Ale technicznie jest to możliwe? Satia!

– Tak. Wiem, że istnieją jakieś klonownie, ale są dobrze zakamuflowane, ponieważ za naruszenie zakazu produkcji organizmów, czy to trans, czy klonów, bez zezwolenia grożą poważne kary. To jest cholernie kosztowne. I nielegalne – powtórzyła.

– To trzeba sprawić, aby było legalne – wzruszył ramionami Belg i zaczął przeglądać listę kontaktów w telefonie.

– Tylko po co? – zapytała kobieta.

– Jak to „po co”? – parsknął. – Dla pieniędzy.

***

W limuzynie było przyjemnie chłodno, nie zimno, jak bywa w samochodach z kiepską, wiejącą chłodem klimatyzacją, ale idealnie orzeźwiająco. Pachniało gorzkawo skórą, którą obciągnięto fotele. Obicie było miękkie i nie kleiło się do ud jak syntetyki. We wnętrzu panowała niemal kompletna cisza, chociaż            jechali dość szybko. Szczelne drzwi odgradzały ich od szumu ulicy. Idealnie czyste szyby, pokryte przyciemniającą folią, pozwalały oglądać brudny świat zewnętrzny, samemu nie będąc widzianym.

Zamiast przemykać wzrokiem po mijanych przechodniach, odprowadzających czarnego jak asfalt Maybacha pełnymi zazdrości i pewnej rezygnacji spojrzeniami, Miran wpatrywał się w ekran komputera. Po raz ostatni przed spotkaniem z Grupą Pięciu analizował prezentację, nad którą pracował od tygodnia. Miał nadzieję, że jest dobra.

– Dostaniesz jedną jedyną szansę – uprzedził go tydzień wcześniej Andreas, kiedy siedzieli przy porannej kawie w jego apartamencie. – Ściągam tych ludzi dla ciebie, bo wierzę, że to, co proponujesz, ma sens. Jeśli ich nie przekonasz, po interesie. Sam w to nie pójdę, ale z nimi – owszem.

– Po co ci oni? – zapytał Miran, wstając i przytulając się do pleców Belga. – Obskoczmy temat we dwóch. Przecież cię stać.

– Tyle o ile – odparł Andreas i gwałtownie poderwał się z krzesła. Narzucił wiszący na oparciu szlafrok i sięgnął po papierosy. Uchylił okno, po czym zapalił. Zaciągnął się z całych sił i wydmuchnął dym na zewnątrz. – Stać mnie, ale ryzyko jest za duże. Jeśli się nie uda, popłynę.

– E tam – Miran chciał raz jeszcze objąć Belga, ale ten się odsunął.

– Koniec dyskusji – uciął. – Załatwiam spotkanie. Przekonasz uczestników – będzie Genesis. Nie przekonasz – zostajesz, gdzie jesteś.

– Ale ty dziś jesteś nie w humorze! – zaśmiał się Miran, a Andreas, zamiast odpuścić, zirytował się. Pstryknięciem cisnął papierosa do popielniczki, odwrócił się i chwycił kochanka za brodę.

– Słuchaj, chłoptasiu! – wysyczał. – Nie myśl sobie, że dla twojej gładkiej dupci wywalę kilka miliardów w błoto. Nie naciągnę też na byle interes ludzi, których znam od lat. Rozumiesz? Dupa nie wystarczy. Lepiej, żebyś miał naprawdę dobre argumenty – warknął.

– Rozumiem – Miran nie poruszał się. Czuł, jak paznokcie Maesa wbijają się mu w policzki. Bolało. Na szczęście Andreas szybko go puścił.

– Dobrze! – syknął. – A teraz spieprzaj! – zarządził i wyszedł do gabinetu, gdzie natychmiast zaczął rozmawiać przez telefon.

Trzy dni później zadzwonił do Mirana z informacją, że w piątek o siedemnastej lecą do Leuven. Nie przeprosił za tamtą rozmowę, ale Miran tego nie oczekiwał. Andreas taki właśnie był: raz ujmujący, innym razem nieobliczalny. Trzeba się było z tym pogodzić, zwłaszcza że potrafił wynagradzać nieprzyjemności.

Kiedyś pokłócili się podczas kolacji. Maes miał jeden ze swoich napadów zazdrości, oskarżał kochanka o flirtowanie z kelnerem, potem o romans z jednym z asystentów w laboratorium. Miran oponował, wyjaśniał, ale Belg był głuchy na argumenty. W końcu wrócili w milczeniu do wynajętego apartamentu w wiedeńskim Hiltonie. Tam Miran znowu próbował załagodzić sprawę.

– Co mam zrobić, żebyś uwierzył, że nikogo poza tobą nie ma? – zapytał, nalewając sobie burbona. Pociągnął łyk i czekał, co powie wściekły partner. Andreas chodził po pokoju od ściany do ściany i przeklinał. Usłyszawszy pytanie, zatrzymał się.

– Jak to co? – zaśmiał się. – Ściągaj gacie.

Potraktował go jak dziwkę. Miran nie protestował, chociaż za pewnymi rzeczami nie przepadał, a niektóre wywoływały w nim nawet odrazę. Musiał odsunąć ją na bok, w końcu Maes był mu potrzebny. Poza tym przywykł do bycia ofiarą. Od dziecka taką miał rolę i w odgrywaniu jej osiągnął mistrzostwo. Dlatego robił, co mu kazano, a Andreas napawał się. W końcu nad ranem uznał, że został usatysfakcjonowany, i poszedł spać, a jego odesłał do innego pokoju.

Aby wynagrodzić Miranowi swoje zachowanie, zabrał go do Mediolanu. Nakupił nowych garniturów, butów, wód kolońskich, biżuterii męskiej. Płacił za wszystko, co tylko wpadło Miranowi w oko.

– Chcesz to? – pytał, głaszcząc go po głowie i całując raz po raz w czoło.

– Tak – odpowiadał Miran i dostawał, co chciał.

To wtedy Andreas kupił mu ultralekkiego, srebrzystego MacBooka. Tego, na którego ekranie teraz, w samochodzie, przewijała się dzisiejsza prezentacja. „Genesis” – głosił błękitny niczym hiszpańskie niebo napis na pierwszym slajdzie. Taką nazwę nosić miała nowa spółka, zajmująca się badaniami i wdrażaniem technologii genetycznej. Kolejne ekrany prezentowały szczegółowo plan rozwoju nowego przedsiębiorstwa, określały profil działalności, harmonogram rozwoju produktów, kluczowe czynniki sukcesu, kamienie milowe i szacowany budżet wraz z rachunkiem zysków i strat oraz spodziewanych przepływów pieniężnych. Zdaniem Mirana inwestycja była obiecująca. Bardzo obiecująca. „Przekonać ich, aby wyłożyli na nią pieniądze” – powtórzył swój cel Miran. Poprawił położenie kilku ilustracji na dwóch slajdach i zamknął maca.

***

– Co z Plantinium? – zapytał starszy mężczyzna, ubrany w liczący chyba ze dwadzieścia lat garnitur od Gucciego. Ubranie nadal wyglądało jak nowe, ale staromodny krój zdradzał jego wiek. Idealnie pasowało do noszącego je biznesmena, osiemdziesięcioletniego gracza na rynku tekstyliów, właściciela floty statków szwalni szyjących ubrania na wodach Pacyfiku i Atlantyku, z dala od lądu z jego nieprzyjemnymi normami, podatkami i opłatami. „Dziadek” − pomyślał o nim wcześniej Miran. Teraz żałował – powinien był docenić przeciwnika. – Co z nimi? – dopytywał się Adrian Suarez. – Nie oddadzą pola tak sobie – zauważył. Najwyraźniej dobrze przygotował się do dzisiejszej prelekcji.

Plantinium było potentatem w branży GMO. Przez lata zajmowało się wytwarzaniem środków ochrony roślin, płynnie przechodząc z tego pola do badań na roślinami modyfikowanymi genetycznie i ich produkcji. Miało bardzo mocne lobby i żadnych skrupułów. Sprzedawało nasiona trans każdemu, kto wykazał choćby minimalne zainteresowanie i nie bał się nowatorskich upraw.

Ponieważ modyfikowane rośliny Plantinium były bardziej wydajne i niezwykle odporne, firma szybko odniosła sukces. Wkroczyła na rynek światowy, otworzyła szereg ośrodków badawczych i uruchomiła głośną kampanię public relations, pokazującą zalety żywności trans. Aby przekonać niezdecydowanych, organizowała konferencje i odczyty w największych i najdroższych hotelach na świecie, zapraszając na nie rolników, hurtowników i właścicieli sklepów. Odurzeni przepychem, dotąd będącym poza ich zasięgiem, drobni przedsiębiorcy wysłuchiwali profesjonalnej mowy przedstawiciela Plantinium, po czym przystępowali do programu współpracy z koncernem.

Amerykańska firma przemilczała oczywiście wszelkie wady, a trochę ich było. Najpoważniejszy problem stanowił fakt, że GMO nie do końca służyło konsumentom. Dotyczyło to i ludzi, i zwierząt. Bardziej wybredne ptactwo, takie jak przepiórki, odmawiało jedzenia karmy z domieszką kukurydzy trans. Wszystkożerne kury karmione odmianami zmodyfikowanymi chorowały, głównie na różnego rodzaju odmiany raka. Ludzie natomiast… Można było przypuszczać, że również zapłacą jakąś cenę za tańszą żywność. Ale o tym Plantinium nie wspominało.

Koncern pewnie nie zostałby wezwany do odpowiedzi, gdyby nie pech: zatrudnił nie tego, kogo trzeba – aktywnego działacza środowisk proekologicznych. Nastąpił przeciek. Światło dzienne ujrzały wyniki badań ujawniające, że żywność trans nie jest pod względem wartości odżywczych równoważna ekologicznej, a do tego powoduje śmierć karmionych nią szczurów laboratoryjnych. Plantinium co prawda pozbyło się naukowca, który puścił tę informację w świat, próbowało dementować doniesienia, ale na to było już za późno. Proekologiczne lobby dostało do ręki poważny argument. A zaraz potem kolejny: po skandalu ze szczurami przyszedł kryzys wizerunkowy, którego tematem były pszczoły.

Kilka lat wcześniej Plantinium zdecydowało się na ryzykowną operację: stosując trudno wykrywalne środki owadobójcze, wyeliminowało około jednej trzeciej populacji tych owadów. Celem było przekonanie opinii publicznej, że produkowane przez koncern zmutowane warianty kukurydzy, zapylane z samolotów, są rozwiązaniem lepszym niż odmiany naturalne, ponieważ nie zależą od delikatnych ekosystemów.

Ekolodzy oczywiście zauważyli, że pszczół jest mniej, ale Plantinium wysunęło argument, że powodem jest globalne ocieplenie.

– Pszczoły umierają z powodu hipertermii, podobnie jak osowate. Weźmy przykładowo szerszenie: aby się ich pozbyć, pszczeli rój obsiada intruza, który dostał się do ula. Potem wszystkie robotnice machają intensywnie skrzydełkami, a temperatura wewnątrz kokonu z ich ciał podnosi się. Szerszeń ginie po kilku minutach. Druga hipoteza to nieznany nam wirus, coś obcego naszym ekosystemom, co zdziesiątkowało populację pszczół…

Ekolodzy przyjmowali wyjaśnienia, ale nie byli przekonani. Zaczęli sprawdzać, co się dzieje, zwłaszcza że roje nadal ginęły – Plantinium jak gdyby nigdy nic kontynuowało akcję. Entomolodzy zbierali pszczele trupy i dokładnie oglądali. W końcu uznali, że owady nie zginęły z powodu upałów ani wskutek działania tajemniczego wirusa, o którym informacje podrzucił koncern.

– Ktoś im w tym pomógł – powiedzieli głośno i światła jupiterów natychmiast skierowano na nich.

Poczuli, że mają media na haczyku, i złapali wiatr w żagle. W toku kolejnych badań nie wykryli trucizny, którą podał rojom genetyczny potentat, ale stwierdzili bezsprzecznie, że na terenie całych Stanów Zjednoczonych zadziałało coś, co spowodowało paraliż dróg oddechowych i w efekcie śmierć pszczół. Potem wskazali winnego. Plantinium.

Skandal z pszczołami rzucił cień na firmę. Aby jakoś przeciwdziałać kryzysowi wizerunkowemu, spółka wypłaciła rolnikom, którzy stracili wszystkie ule, odszkodowania. Obiecała udzielić dofinansowania do projektu budowy sztucznych rojów, składających się z małych, podobnych do pszczół robotów. Nie wystarczyło. Koncern dodatkowo zmuszony został do wypłaty odszkodowań tym, na których pola przypadkiem dostały się nasiona roślin trans, przyniesione na skrzydłach ptaków czy w sierści drobnych zwierząt. Mało tego: Plantinium nakazano zaprzestanie prac nad modyfikowanym żytem i pszenicą oraz zablokowano produkcję hormonu wzrostu trans, który miał być podawany krowom w celu zwiększenia ich mleczności.

Koncern przetrwałby do czasu, aż sprawa przycichnie. W Ameryce Południowej trzymał się mocno. Właściciele wielkich latyfundiów chętnie siali jego modyfikowaną soję, dzięki czemu zarabiali krocie, a kontynent zaczął importować żywność – nie opłacało się produkować niczego poza tą soją trans. Plantinium umacniało się też w Afryce i Azji, powoli, ale nieubłaganie wkraczając ze swoją kukurydzą na ekologiczne pola. Prędzej czy później podniosłoby się, gdyby nie konflikty wewnątrz. W obliczu problemów członkowie rady nadzorczej, dyrektorzy wykonawczy i więksi akcjonariusze zrzucali jedni na drugich winę za całą sytuację. Wzajemne oskarżenia i próby obrony przed nimi stały się ważniejsze niż bieżąca działalność. Biura Plantinium przypominały pole bitwy i nikt nie mógł być pewien swojego stanowiska.

Skutek nie był trudny do przewidzenia. W niepilnowanych przez nikogo mediach zaroiło się od szkalujących koncern tekstów. Na Facebooku raz po raz tworzono wydarzenia związane z protestami przeciw Plantinium i propagowano publikacje dowodzące jego nielegalnych praktyk. Prasa raz po raz donosiła na spółkę. Do akcji wkroczyła rada nadzorcza, na moment stabilizując sytuację. Potem jednak jeden z udziałowców udzielił wywiadu, w którym zdradził, że za pozwoleniem Chrisa Sylusa, wiceprezesa do spraw badań nad genomem zwierzęcym, Plantinium testowo klonuje krowy. Mężczyzna podzielił się tą rewelacją w jednym z najgorętszych talk-show w Ameryce tylko po to, by pozbyć się Chrisa. Nie zwrócił uwagi, że podcina gałąź, na której sam siedzi.

Rozpętało się istne piekło. Skupione na zażegnaniu kompletnej katastrofy Plantinium niemal zaprzestało kolejnych badań. Nie pilnowało też swoich interesów na świecie. Na jego terytorium zaczęły wkraczać niewielkie spółki badawcze, czasem legalne, czasem nie, takie jak TransGen, w którym pracowali Satia i Miran. Wypierały nasiona Plantinium i wyprzedzały koncern pod względem technologicznym. I oczywiście dbały o czarny PR dla wielkiego konkurenta. Na razie wyglądały jak muchy przy słoniu, ale kąsały konsekwentnie.

– Przedsiębiorstwo jest w złej kondycji – podsumował Miran. – Szacujemy, że obecny rok zamknie stratą netto, co zaniepokoi akcjonariat. Można się spodziewać, że mniejsze firmy konkurencyjne zaczną grać ostrzej, licząc, że wykończą giganta i podzielą się tortem. W tej sytuacji ci z Plantinium powinni być skłonni się sprzedać. Nam, czego chyba nie muszę dodawać.

– Rozumiem – powiedział usatysfakcjonowany informacjami Suarez. – Przejęcie to w tej sytuacji najlepsza opcja.

– Ale chyba niemożliwa – odparł siwy mężczyzna o wyglądzie motocyklisty z Hell’s Angels. Miran znał go z telewizji jako potentata prasowego. „Lucky, mówią na niego Lucky” − przypomniał sobie. Na trudnym rynku medialnym mężczyzna odniósł ogromny sukces, musiał więc być szczęściarzem. „I twardym sukinsynem” − ocenił Miran.

– Dlaczego niemożliwa? – zdziwił się Suarez.

– Bo oni się nie sprzedadzą.

– Z jakich przyczyn? Chyba znają się na biznesie. Dlaczego?

– Z powodów ideologicznych. Plantinium to firma rodzinna. Pakiet większościowy ma pewien Żydek, Goldbaum czy Weinberg, nie pamiętam, te ich nazwiska zawsze brzmią dla mnie tak samo. Resztę akcji mają dwaj jego kuzyni czy bracia. Nimi bym się nie martwił – dupki jakich mało. To stary Żyd jest problemem numer jeden.

– Każdy problem można rozwiązać, a jeśli nie ma rozwiązania, nie ma problemu – mruknął filozoficznie Andreas.

– Jak chcesz to załatwić? – zapytał Lucky.

– Pieniędzmi – podrzucił Suarez.

– Tu nie zadziałają – odparł potentat prasowy.

Zapadła cisza. Słychać było tylko jednostajny szum wentylatora komputera Mirana i szelest klimatyzacji.

– Trzeba znaleźć metodę – odezwał się Andreas. – Klucz. Klucz, który otworzy zatwardziały umysł i przekona Goldbluma – tak się nazywa ten gość z Plantinium – żeby sprzedał.

***

Zachary wracał z chederu sam. Zazwyczaj w szkółce żydowskiej, przygotowującej dzieci do bar micwy, towarzyszył mu jego przyjaciel Izaak – syn starego znajomego ojca, z którym Zachary znał się od małego. Dziś Izaak był chory – podobno leżał z gorączką i bólem żołądka w swoim wyposażonym w telewizor oraz dwa komputery pokoju. Zachary podejrzewał, że w rzeczywistości koledze nic nie dolega. Izaak nie znosił nauk. Nie rozumiał, dlaczego ma spędzać długie godziny na lekturze pism, których nie pojmował, i najchętniej – z czego zwierzał się Zacharemu szeptem – porzuciłby judaizm, gdyby nie ortodoksyjni dziadek i ojciec. Na szczęście Jeff, tata Zacharego, nie przestrzegał wiary aż tak surowo jak oni, ale potrafił dokuczyć dziwnymi wymaganiami, niemającymi zdaniem syna sensu we współczesnym świecie.

Chłopiec szedł dobrze sobie znaną drogą, przeskakując z jednej płyty chodnikowej na drugą. Nie spieszył się – w Nowym Jorku zapanowała wiosna i w końcu mógł odetchnąć świeżym powietrzem. W Central Parku zakwitły kępy żonkili, a na migdałowcach pojawiały się pierwsze różowawe kwiaty. Było cieplej, na tyle ciepło, że chłopiec rozpiął kurtkę. Poczuł na piersi podmuch zaledwie letniego powietrza, ale nie zamierzał się zapinać. Podbiegł kilka kroków i przeskoczył rozlaną na chodnik kawę – ktoś musiał, spiesząc się do pracy, upuścić kubek ze Starbucksa i powstała ciekawa przeszkoda. Zachary przeskoczył ją jeszcze kilkukrotnie. Przez zimę zdążył się stęsknić za spacerami i wolnością, która w domu była reglamentowana. Poza normalnymi obowiązkami szkolnymi niemal codziennie miał dodatkowe lekcje języków obcych, muzyki, jazdy konnej i tak dalej.

– Nie narzekaj! – karcił ojciec, gdy syn uskarżał się na nadmiar obowiązków. – Inne dzieci cieszyłyby się, mogąc uczyć się tyle co ty.

Dziecko nie podzielało zdania ambitnego rodzica, ale rozsądnie milczało. Mając chwilę dla siebie, starało się przeciągać ją w nieskończoność. Tak jak teraz.

Zachary skręcił w prawo obok galerii sztuki współczesnej i uśmiechnął się, widząc na wystawie trzy fioletowe rzeźby buldożków francuskich. Na moment oparł czoło o szybę, przyjrzał się im, a kiedy oderwał wzrok, przy krawężniku zauważył czarną furgonetkę. Samochód był odrapany i kompletnie nie pasował do czystej ulicy. „Pewnie to czyszczenie dywanów po zimie” − uznał Zachary, przypomniawszy sobie, że jego matka również zamawia taką usługę i wykonuje ją właściciel równie niechlujnego pojazdu.

Minął forda i wskoczył na murek, po którym planował przejść aż do kolejnego rogu ulicy. Zrobił dosłownie dwa kroki, gdy usłyszał trzask otwierających się bocznych drzwi auta. Spojrzał przez ramię, ale z samochodu nikt nie wysiadł. Chłopiec doszedł tam, gdzie planował, zeskoczył z murku, aby ominąć wystającą ponad płot kępę krzewów, gdy zza pokrytych pierwszymi liśćmi gałęzi wychyliło się dwóch mężczyzn.

– Zachary Goldblum? – zapytał wyższy z nich.

– Tak – odparł odruchowo Zachary.

– Tak – potwierdził niższy z mężczyzn. – Zabieramy go.

Rozejrzał się i stwierdziwszy, że na ulicy nikogo nie ma, jednym ruchem wyszarpnął z kieszeni chustkę, którą przyłożył Zacharemu do twarzy. Chłopiec poczuł nagłe zawroty głowy. Wydawało mu się, że osuwa się na chodnik, a potem jakby wlatuje do furgonetki. W tym momencie zapadły ciemności.

***

– Jeff Goldblum! – warknął do telefonu siedzący za odlanym z plastiku, nowoczesnym biurkiem mężczyzna. Blat mebla był zupełnie pusty, nie licząc laptopa i telefonu. Piszący w szaleńczym tempie na klawiaturze Jeff wcisnął między ramię a ucho słuchawkę Bang & Oluffsen z limitowanej serii „For Friends”. Ciągle zapominał, jak łatwo może włączyć tryb głośnomówiący, i nadal rozmawiał z przechyloną głową, aby potem skarżyć się na ból karku.

– Stefan Huber – przedstawił się dzwoniący. Jeff na moment przerwał pisanie, ponieważ nie kojarzył nazwiska. „Skoro nie kojarzę, nie jest ważne” – uznał.

– Nie mam teraz czasu – rzucił. Nieznajomy Stefan nie mógł zadzwonić w gorszym momencie. Zachary nie wrócił z chederu, pięć minut temu dzwoniła rozhisteryzowana Abby i kazała natychmiast go odszukać, a on miał na głowie pilny kontrakt, którego musiał osobiście dopilnować. Dlatego został w biurze, a do miasta posłał ochroniarza. Był pewien, że Federico bez trudu odnajdzie chłopca. Pospiesznie wpisywał uwagi do umowy i czekał na telefon od niego, gdy zgłosił się Huber.

– Nie masz nawet chwili? – zapytał uparty rozmówca, chyba nie rozumiejąc, że powinien się wycofać.

– Ani chwili – odparł Jeff. – Właśnie zaczynam telekonferencję.

– Tak? – zdziwił się Huber. Jego głos przybrał irytujący ton. Jeff zacisnął zęby. Chciał rzucić słuchawką, ale to byłoby nie na miejscu, niezbyt odpowiednie dla kogoś o jego pozycji, nawet tak zajętego.

– Tak! – odpowiedział. – Zadzwonię jutro. Mam rozmowę…

– A ja myślę, że wcale nie masz.

– O co ci chodzi? – warknął zniecierpliwiony Jeff.

– Myślę, że kłamiesz – odpowiedział półgłosem Huber.

– Daj spokój!

– Tak się zastanawiam, Jeff, dlaczego jeszcze nie szukasz Zacharego…

– Co?! – Jeff gwałtownie wstał. Poczuł, jak jego serce gwałtownie przyspiesza. Zakręciło mu się w głowie – miał już swoje lata i mimo że o siebie dbał i regularnie grał w tenisa, źle reagował na skoki tętna. Przytrzymał się biurka i czekał, aż zawroty głowy miną. Tymczasem Stefan ciągnął swoją wypowiedź.

– Myślę, że masz nadzieję, że mały gdzieś się zagapił albo zajęcia z żydowskiego prawa trwały dłużej – powiedział konwersacyjnym tonem, jakby właśnie rozmawiali na błahe tematy podczas nic nieznaczącego bankietu. – Może poszedł na lody? Albo do kolegi?

– Nie rozumiem, do czego zmierzasz – Jeff potrząsnął głową i opanował nieznośne uczucie słabości, którego nie lubił. Wyprostował się.

– Rozumiesz – usłyszał odpowiedź. – Twój ochroniarz biega po całej ulicy i rozgląda się za dzieciakiem. Nie znajdzie go.

– Panie Huber… – Jeff zacisnął dłoń na słuchawce. – O co chodzi?! – zapytał, dzieląc słowa na sylaby.

– O Plantinium – odpowiedział zupełnie spokojnie dzwoniący. – Sprawa jest prosta. Ja mam dzieciaka, ty masz firmę. Wymieńmy się.

Zaczął kolejno podawać warunki, na których zamierzał przejąć przedsiębiorstwo. Jeff nie słuchał go. Nawet nie komentował niedorzecznych wymagań. Był wściekły, tak bardzo zły, że w ustach czuł gorzki smak podchodzących do gardła soków żołądkowych. „Cholerna Abby, to jej wina!”. Żona upierała się, że powinni zachowywać się tak jak zwykli mieszkańcy Nowego Jorku. Nie dała się przekonać, że są inni – bogatsi.

Z powodu jej uporu dzieci nie były obstawione ochroną, same wracały do domu z pobliskich szkół, wolno im było bawić się bez nadzoru u sąsiadów, odwiedzać ich i wychodzić z przyjaciółmi na lody. Jeff wolałby, aby pozostawały pod stałą obserwacją, choćby dyskretną, ale żona nie wyrażała na to zgody i wymogła na nim obietnicę, że nie przydzieli im opiekunów, chociaż sam zawsze kogoś przy sobie miał. Jeff przysiągł, że ona i dzieci będą wolne od obstawy, ale od czasu do czasu łamał dane słowo i kazał pilnować rodziny, o czym Abby nie miała pojęcia. Tym razem jednak Zachary był bez stróża.

– Żyjmy normalnie, normalnie, ciągłe przewidywanie, co może się stać, ściąga nieszczęścia! – prosiła Abby. „I mamy konsekwencje jej kretyńskich pomysłów!”. „Spokój!” – warknął do siebie w duchu Jeff. „Myśl”.

– Poczekaj chwilę – poprosił Hubera. Sprawdziwszy, czy kontrolka zagłuszacza podsłuchów wskazuje, że urządzenie działa poprawnie, przełączył telefon na głośnik i sięgnął po iPada. – Okej – rzucił do rozmówcy. – Mów dalej. – Mężczyzna kontynuował, a Jeff w tym czasie włączył tablet, przesunął palcem po ekranie i podał kod dostępu. – Drogi panie, to akurat jest nie do przyjęcia – odezwał się po krótkiej chwili ciszy. – Nie mogę się na to zgodzić, a dlaczego, wyjaśnię osobiście, bo to wymaga spojrzenia na sprawozdania – odchrząknął, po czym zaczął szukać wśród kontaktów tego, którego potrzebował. W tym samym czasie dzwoniący chyba się zastanawiał, jak odnieść się do tego sprzeciwu.

Goldblum pospiesznie zaczął wpisywać wiadomość tekstową do osoby, z którą zamierzał się skontaktować. Huber tymczasem podjął dyskusję na nowo i mówił o oczekiwanym składzie zarządu, komisji dyrektorów i rady nadzorczej; mówił matowym tonem, jakby czytał z kartki. „Dostał instrukcje, a sam jest nikim” – pomyślał Jeff. „Znajdę tego, kto to zmontował” – obiecał sobie. Ignorował recytowane słowa Hubera, od czasu do czasu odpowiadając monosylabami, aby zachować pozory. Już miał wysłać zawiadomienie, kiedy padło nazwisko, którego nie znał. Przez lata nauczony zwracać uwagę na nowe i ważne informacje od razu próbował je zapamiętywać.

– Miran Zieliński – powiedział dzwoniący. „Aha” – pomyślał Jeff i przełączył się z programu pocztowego na przeglądarkę. – Będzie szefem badań w przejętej firmie.

„Po co on mi to mówi? Co za półgłówek!” – uznał Goldblum i wprowadził dane Mirana do wyszukiwarki. Nacisnął ikonę z zawracającą strzałką. „To pewnie jakiś pieprzony Ruski, za którym stoi ta wódeczna mafia. Chcą go wepchnąć jako swojego do Plantinium” – pomyślał.

Zdziwił się, widząc pierwszy z wyników. Mirosław Zieliński był według zamieszczonych w Internecie informacji kierownikiem oddziału w TransGenie, zwykłym żuczkiem, ale trzeba przyznać, że atrakcyjnym. Jeff przesuwał po ekranie kolejne zdjęcia. Konferencja, pozowane zdjęcie do życiorysu, jakieś fotografie z imprezy charytatywnej, z koncertu… „Stop!”. Wrócił do ostatniego zdjęcia. Powiększył. „Maes!” – rozpoznał osobę towarzyszącą Zielińskiemu. „Zabiję cię” – obiecał wyświetlonej na ekranie fotografii. „I ciebie też” – zapowiedział w myślach Andreasowi. Wyłączył Safari i wysłał wiadomość. Odłożył iPada na bok. Przez moment rozmawiał jeszcze z Huberem.

– Pamiętaj, nie rób żadnych numerów, żadnej policji, nic takiego, jeśli chcesz odzyskać Zacharego – zaznaczył człowiek Andreasa.

– Oczywiście. Rozumiem. Nie jestem głupi – warknął Jeff, uśmiechając się do siebie.

– Czyli mogę liczyć na bezkonfliktową współpracę?

– Oczywiście. Zależy mi na dziecku – zadeklarował szef Plantinium.

– Świetnie. Wobec tego odezwę się niebawem i umówimy spotkanie – rzucił na pożegnanie Huber.

– Kiedy tylko zechcesz – odparł Jeff. Pożegnał się uprzejmie i rozłączył. – Zabiję cię jak psa! – krzyknął, po czym znieruchomiał w fotelu, oczekując na tego, którego wezwał.

***

Lewi pojawił się w biurze Goldbluma pół godziny później. Jak zwykle ubrany był w obszerne spodnie w kolorze piasku, białą koszulkę bez żadnego logo i nieco wyświechtaną parkę. Ciemne okulary, które zazwyczaj miał na nosie, przesunął na czubek głowy. Wbijały się nieprzyjemnie w łysą skórę – były nowe. Lewi postanowił, że odda je któremuś z chłopaków i wróci do starych, kilkunastoletnich ray-banów, być może nie tak modnych, ale znacznie wygodniejszych.

– Co jest? – zapytał, zamknąwszy za sobą drzwi gabinetu szefa. Zdjął uwierające okulary i wcisnął do kieszeni z boku uda. – Cześć, szefie! – zreflektował się i podał Jeffowi rękę.

Z Goldblumem pozostawał w dobrych stosunkach, dlatego mógł sobie pozwolić na pewną poufałość. Pracował dla niego tak długo, że w zasadzie się zaprzyjaźnili. Bywali razem w sytuacjach komicznych, bywali w trudnych. Jak to mawiali Żydzi: zjedli razem beczkę soli. To dawało Lewiemu większe prawa, niż mieli inni ludzie związani z firmą.

– Cześć! – odparł Goldblum i uścisnął dłoń gościa. – Co jest? – powtórzył pytanie. – Jest, kurwa, kłopot! – podniósł głos. Zdarzało się to bardzo rzadko, podobnie jak przekleństwa. Zwykle szef wolał zachowywać pokerową twarz. „To musi być coś mocnego” – doszedł do wniosku Lewi, widząc jego wzburzenie.

– Jaki kłopot? – zapytał po chwili, ponieważ po nagłym wybuchu Jeff zamilkł, usiadł w fotelu i wpatrzył się w wiszącą na ścianie abstrakcję Leona Tarasewicza. Obraz przedstawiał poziome pasy, niebieskie i zielone, o zlewających się krawędziach. Działał hipnotyzująco. Lewi nie lubił go. – Co się stało? – powtórzył z naciskiem, widząc, że Jeff nie reaguje. – Szefie! Co jest? – dopytywał. Jeff westchnął.

– Jeden debil z drugim kretynem umyślili sobie, że przejmą firmę – odpowiedział w końcu, odwracając wzrok od obrazu. Objął głowę dłońmi, przesunął nimi po twarzy. Znowu zamarł bez ruchu.

– To raczej temat dla twoich księgowych, nie dla mnie – odparł Lewi, bacznie przyglądając się Glodblumowi.

– Palanty mają Zacharego – powiedział powoli szef.

– O, kurwa! – dla Lewiego wszystko stało się w jednej chwili jasne. Nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć. – Kurwa mać! – powtórzył i sam usiadł.

– Dokładnie, kurwa mać – zgodził się Jeff. – Na szczęście to nie są zawodowcy – pocieszył.

– Skąd wiesz?

– Znam ich. A przynajmniej jednego. Tu masz dane – Jeff podsunął Lewiemu wydruki na temat Andreasa i Mirana, które przygotował, czekając na niego.

Lewi przekartkował materiał. Trwało to tak krótko, że mogło się zdawać, jakby w ogóle niczego nie przeczytał, ale Jeff wiedział, że nie tylko przeczytał, ale też zapamiętał każdy szczegół. Odłożył plik kartek na biurko i odchrząknął.

– I co? Policja? – zapytał.

– Wykluczone. Zanim znajdą Zacharego, będzie martwy.

– Nasi znajomi z CIA? – Lewi miał na myśli agentów, którzy poza normalnymi obowiązkami od czasu do czasu wykonywali wymagające sprytu i ostrożności zadania na rzecz Plantinium.

– Nie, nie mieszajmy ich w to. Śliska sprawa, nie będą chcieli się w niej babrać.

– To co? Sprzątamy sami?

– Chyba nie ma wyjścia.

– Dobrze! – Lewi wstał i uniósł ramiona, aby poprawić kurtkę. – Załatwię to.

***

Lewi obserwował „Nobu”, restaurację, do której wybrali się Andreas i Miran. Przyjechał pod jej drzwi i zaparkował przy krawężniku, aby zorientować się w sytuacji. Towarzyszło mu tylko trzech ludzi, dobrze wyszkolonych, ale nie tych, których chciałby mieć przy sobie podczas akcji w ciasnych korytarzykach japońskiej knajpy. Niestety Goldblum naciskał, aby jak najszybciej dobrać się porywaczom do skóry.

– Działamy, te dwa głąby sądzą, że sprytnie postawili mnie pod ścianą. Chcę mieć Zacharego jeszcze dziś. Rozumiesz? – zapytał. Lewi przytaknął. Po namyśle stwierdził, że druga okazja, aby w zaciszu prawie pustego z racji późnej pory Nobu dorwać Mirana i Andreasa, może się nie trafić.

– Idź, rozejrzyj się w środku – rozkazał najmłodszemu z żołnierzy, noszącemu idiotyczny przydomek Baby. Chłopak pracował z Lewim od niedawna, ale miał zadatki na dobrego zwiadowcę. Wyglądał niepozornie, miał dziecięce rysy twarzy i nikt nie podejrzewał go o złe intencje.

Sprawdził się i tym razem. Wszedł do knajpy, rozejrzał się, podając za powód poszukiwania kogoś znajomego, i wrócił do furgonetki.

– Siedzą w sali dla VIP-ów, gdzie jakiś Japoniec robi dla nich sushi, korytarzem prosto, drugie drzwi po prawej. Do tego obsługa w kuchni – dwie sztuki i kelnerka – zameldował. – Goście są kompletnie pijani, nie będzie z nimi kłopotów – ocenił.

– Okej – mruknął Lewi. Nie spodobało mu się, że ma na głowie aż czterech Bogu ducha winnych cywilów. Z drugiej strony prowadzona przez Roberta de Niro Nobu mogła być pełna, a więc i tak mieli sporo szczęścia. – A co z drzwiami od tyłu? – zapytał.

– Zamknąłem – potwierdził Baby. Przed akcją dostał plan i wiedział, gdzie ich szukać. Znajdowały się za kuchnią i prowadziły do zaułka za restauracją. Trzeba je było zatrzasnąć, aby odciąć celom drogę ucieczki. – Zamknąłem i zabrałem klucz – na dowód wyciągnął dłoń, w której go schował.

– Świetnie – pochwalił Lewi. – Zostań w samochodzie i jakby co, melduj – rozkazał. – Ty i ty – zwrócił się do towarzyszących mu dziś wieczór Janicka i Brada – idziecie ze mną. Teraz! – zarządził stanowczym tonem, chociaż od początku akcji towarzyszyły mu złe przeczucia. „Chyba jestem za stary” – uznał, zdecydowanym ruchem otworzył przesuwne drzwi i wyskoczył na chodnik. Na szczęście przeczucie niemal zupełnie zniknęło, gdy wraz z pozostałymi żołnierzami wszedł do pomieszczenia, w którym znajdowały się cele. Poczuł przypływ adrenaliny i niesmaku – Andreas i Miran byli kompletnie pijani.

Siedzieli niedbale na tatami, od czasu do czasu sięgali po coś do jedzenia i śmiali się. Nawet nie zwrócili uwagi na nową postać w pomieszczeniu. Pewnie sądzili, że to kolejny kelner. Tylko sushi master, siekający wielkim nożem wasabi, podniósł wzrok.

– Kim panowie są? – zapytał przestraszony, widząc w ręku wchodzącego Lewiego broń. W wyprostowanej i ułożonej wzdłuż uda ręce żołnierz trzymał niezawodnego glocka z tłumikiem. Wolałby posłużyć się desert eagle’em, ale używana kiedyś w Izraelu broń była przestarzała i głośna. Od lat leżała w schowku, jako pamiątka ze starych czasów.

– Nikim – odparł Lewi. – Przyszliśmy do tych tu dwóch – kiwnął głową w stronę Andreasa i Mirana. Zatrzymał się tak, aby mieć drzwi po prawej. Janick i Brad dopasowali się i stanęli po jego obu stronach. „Dobrze, coś umieją” – pomyślał Lewi. – Dobry wieczór! – przywitał się głośno z Maesem i Miranem.

– O, dobry wieczór! – parsknął Andreas. Był chyba mocno pijany i nie zorientował się, z kim ma do czynienia. Lewi uśmiechnął się do niego, unosząc wysoko górną wargę.

– Witam! – powtórzył, podnosząc broń. Dopiero wtedy Andreas zrozumiał, w czym rzecz, i zbladł. – Wstawać! – rozkazał Lewi. – I pod ścianę!

– Hej, ale o co chodzi? – odezwał się Miran, podnosząc się z trudem, najwyraźniej także wstawiony. Schylał się w dziwny sposób na bok, jakby po coś sięgał.

– Wyprostuj się! – warknął na niego Lewi. – Nie radzę szukać w nogawce broni. Pod ścianę! – powtórzył.

– Okej, okej! – Miran podniósł ręce do góry w geście poddania się, pociągnął Andreasa, który mocno się chwiał, i stanął we wskazanym miejscu.

– Wpadłem pogadać – oznajmił Lewi, gdy obaj ustawili się plecami do wyłożonej drewnem ścianki.

– O czym? – zapytał Miran, ale Andreas uciszył go gestem.

– On jest od Jeffa – wyjaśnił. – Jego pies.

Lewi puścił obelgę mimo uszu – w końcu to on trzymał glocka. Był pewien, że usłyszy odpowiednio gorliwe przeprosiny, jak tylko go użyje. Przeładował broń i wymierzył w nogi Andreasa.

– Gdzie dziecko? – zapytał.

– Daleko – odparł Andreas i wybuchnął śmiechem. Lewi zacisnął dłoń na glocku.

– Gdzie? Pytam po raz ostatni – przesunął lufę tak, aby jej wylot skierowany był na środek czoła Andreasa. Zdziwił się, bo Belg nawet nie zmrużył oczu. Nie bał się.

– Wal się – warknął nagle zupełnie przytomnym głosem Andreas.

Mrugnął do wciąż stojącego za stołem sushi mastera. Lewi kompletnie o nim zapomniał. „Błąd” – pomyślał. Zanim zdążył spojrzeć, co robi Japończyk, ten zamachnął się i rzucił nożem. Trafił prosto w szyję Janicka. Towarzysz, krztusząc się krwią, runął na ziemię. W tym samym momencie Andreas zadziwiająco szybko i sprawnie przetoczył się po tatami. Błyskawicznie wyjął z nogawki broń i wystrzelił do Brada. Trafił idealnie, w sam środek czoła. Może i był wygodnym dziedzicem surowcowej fortuny, ale to nie przeszkadzało mu odsłużyć w ramach nieco masochistycznej rozrywki dwóch lat w Legii Cudzoziemskiej. Służba bardzo mu odpowiadała, z wyjątkiem panującej w formacji niechęci do postaw homoseksualnych, więc zrezygnował, ale cały czas utrzymywał formę, sporo biegając i ćwicząc na strzelnicy.

Zaskoczony Lewi rzucił się w tył i wycofał na korytarz. Zamierzał skręcić w prawo i uciekać tyłem, gdy przypomniał sobie, że sam kazał zamknąć tę drogę. Pozostała mu jedna jedyna, przez drzwi frontowe. „W lewo” – zdecydował. Niestety, to przejście zostało odcięte przez dwóch uzbrojonych w karabiny maszynowe ludzi, którzy nagle wychylili się z wnęki na płaszcze.

„Kurwa, nie sprawdził jej” – pomyślał Lewi, rzucając się na podłogę, zaraz obok donicy z drzewkiem szczęścia. Wystrzelił. Trafił jednego, nie śmiertelnie, ale wykluczając go z akcji. „Jeszcze jeden”. Wychylił się, aby ocenić swoje szanse. Przeciwnik zdążył ukryć się na powrót w załomie. „Pat” – pomyślał Lewi, ale w tym samym momencie napastnik wyskoczył zza rogu i długą serią wystrzelił w jego kierunku. „Cholera, trzeba było ich otruć” – pomyślał Lewi, zanim dosięgnęła go pierwsza kula.

***

Tym razem Andreas sam zadzwonił do Jeffa, nie było sensu ciągnąć szopki z negocjatorem. Wszyscy wiedzieli wszystko, trzeba to było tylko rozegrać do końca.

– Ty chyba nie chcesz więcej oglądać syna całego i zdrowego. Umawialiśmy się, że będziesz grzeczny. Złamałeś obietnicę. Gdyby nie przyszło mi do głowy, żeby cię sprawdzić… – rzucił zamiast powitania.

– Odpieprz się.

– Taki jesteś twardy?

– Jestem.

– Sprawiłeś mi kłopot. Zepsułeś wieczór. Do tego musiałem patrzeć na okropne sceny. Naprawdę, było niefajnie.

– I dobrze.

– Przykro mi, że Lewi nie przeżył – westchnął Andreas. – Ale żołnierzy masz na pęczki, znajdziesz innego. Lewi był strasznie zadufany w sobie, wiesz? To go zgubiło.

– Być może. Co z dzieckiem? – warknął Jeff.

– Jak to co? Jest bezpieczne. Podpisz ze mną umowę przedwstępną na sprzedaż twoich akcji. Wysłałem ci ją już dawno. To twoja ostatnia szansa. Złóż jeden podpis i dostaniesz Zacharego całego i zdrowego. Czytałeś?

– Czytałem. Jest bezczelna. Plantinium jest warte więcej.

– Może było, zanim nasłałeś na mnie zbirów. Teraz spółka straciła w moich oczach.

– Plantinium jest warte znacznie więcej – powtórzył Jeff.

– A ile jest wart Zachary, że zapytam?

– To nie ma z nim związku.

– Ależ ma. Nie wiem, czemu zaprzeczasz. Zachary za umowę to bardzo proste powiązanie. Zresztą jedyne, jakie mogę ci zaproponować. I decyduj szybko, po ostatnim sushi straciłem cierpliwość. No więc jak będzie?

– Nie.

– Nie? – zaśmiał się Andreas. Wesołością pokrył nieprzyjemne przeczucie, że chyba za mocno przycisnął Jeffa. Postanowił trochę mu odpuścić. – Słuchaj, przeczytaj to raz jeszcze. Zastanów się… – zaproponował pojednawczym tonem.

– Nie – przerwał mu Goldblum.

– Daj spokój, dogadamy się – Andreas wiedział, że nie może dopuścić, aby Jeff się rozłączył. – Jestem gotów negocjować.

– Nie, nie będę z tobą negocjował.

– Jeff, przypominam o Zacharym.

– Zachary dawno nie żyje, nie łudzę się, że nadal go trzymasz. Nawet jeśli jeszcze żyje, zabijesz go, to pewne. Więc nie ma o czym dyskutować. Zwłaszcza że – jak wspomniałem – proponujesz niewiele.

– Nie to nie – zirytował się Andreas.

– No właśnie, nie. Wsadź sobie w swoją pedalską dupę tę umowę. To moja firma, nie oddam jej za byle ochłap. Nie oddam. Mało tego. Uważaj na siebie. Moi ludzie cię znajdą. To tylko kwestia czasu. Znajdą cię i przyprowadzą do mnie. A wtedy uduszę cię, ty zasrany gnoju, własnymi rękami! – obiecał Goldblum i rozłączył się.

– Zobaczymy, kto kogo – warknął Andreas już do milczącej słuchawki. Syknął przez zęby, a potem cisnął nią z całej siły o ścianę.

***

Następnego dnia do szefa Plantinium przyszła paczka. Był to sporej wielkości złocony karton z nadrukiem róż, sugerującym, że wewnątrz mogą się znajdować kwiaty. Pani Regen, asystentka Jeffa Goldbluma, chciała zabrać pakunek do gabinetu szefa zaraz po przyjściu do pracy, gdy jechała na górę. Kiedy jednak spróbowała go podnieść, okazał się zaskakująco ciężki. „Dziwne” – uznała, po czym zawołała jednego z ochroniarzy, aby jej pomógł. Razem przełożyli paczkę na sunącą przez skaner taśmę. Niestety urządzenie nie potrafiło wyświetlić obrazu wnętrza pakunku.

– To pewnie z powodu złocenia kartonu – uznał strażnik. – Ale nie odezwał się alarm bombowy, a on jest czuły. Gdyby coś z tym było nie tak, zaraz by wył. Możemy to zabrać do szefa – uznał i pomógł pani Regen zawieźć paczkę na najwyższe piętro, do gabinetu prezesa.

Jeff pojawił się około dziesiątej. Wszedł do sekretariatu szybkim krokiem, rzucając pani Regen zdawkowe powitanie. Zanim zniknął u siebie, sekretarka poinformowała go o porannej przesyłce.

– Ma pan na biurku paczkę – powiedziała, wstając i poprawiając żabot bluzki. Jeff skinął głową i bez odpowiedzi zniknął w gabinecie. Wyglądał na zmęczonego, więc pani Regen postanowiła, że dostanie dziś podwójną kawę. „Chyba źle spał” – pomyślała, idąc do kuchni.

Kiedy wróciła, niosąc przed sobą tacę, na której znajdowała się filiżanka i talerzyk z kruchym rogalem, drzwi gabinetu nadal były zamknięte. Pani Regen nacisnęła klamkę, ale nie ustąpiły – Goldblum musiał zamknąć je na klucz. Asystentka bez słowa zawróciła do kuchni, wylała cappuccino, a rogalik schowała z powrotem do torebki. Tymczasem za drzwiami Jeff Goldblum wpatrywał się w otwarte pudełko. W dekoracyjnym opakowaniu, obitym od wewnątrz srebrzystą folią, leżało pocięte na kawałki ciało Zacharego.

***

Maite leżała na dachu budynku gospodarczego znajdującego się w odległości mniej więcej trzystu metrów od hangaru. Zajęła taką pozycję, że zza rogu metalowej hali, w której krył się gulfstream, mogła dostrzec fragment prowadzącego do bramy podjazdu. Tą drogą dostawał się do środka cel.

Baskijka czekała na niego od dwóch tygodni. Nie bez przerwy – dawano jej znać, kiedy człowiek, którego wypatrywała, planuje pojawić się na lotnisku. Kobieta odpowiednio wcześniej zajmowała swoją stałą pozycję, rozkładała stary, ale jej zdaniem niezrównany karabin L96 i obserwowała cierpliwie otoczenie hangaru. Cierpliwość była jej mocną stroną – pod tym względem przewyższała mężczyzn, którzy jej zdaniem szybko się nudzili i tracili czujność. Była też świetnie wyszkolona – to należało z kolei do zasług ETA, która zwerbowała Maite na początku dwutysięcznego roku.

Początkowo dziewczyna zajmowała się głównie wywiadem. Była bystra, nie rzucała się w oczy, nie wzbudzała podejrzeń. Po pewnym czasie bacznie przyglądające się jej poczynaniom szefostwo ugrupowania zdecydowało, że Maite dołączy do grupy uderzeniowej. Kilka lat później gratulowało sobie tej decyzji – kobieta bez problemu zastrzeliła niewygodnego dla ETA polityka, Isaiasa Carrasco. W przeddzień wyborów, w obecności żony i córki, mężczyzna został trafiony w tył głowy, a następnie zmarł w szpitalu. O wykonanie egzekucji niesłusznie podejrzewano ówczesnego szefa ETA.

Teraz Maite była już starsza. Od kilku lat nie angażowała się w bezpośrednią działalność na ulicach – została strzelcem wyborowym. Realizowała wszelkie zadania zlecone przez ETA, także takie, które nie miały związku z celem organizacji, tak zwane komercyjne. Właśnie do tej kategorii należało zlecenie, które zorganizował Antonio, luźno powiązany z ETA szef ochrony Andreasa Maesa. Nie pierwszy raz prosił przełożonego Maite o pomoc w pozbyciu się problematycznego człowieka. Tym razem zależało mu na wyeliminowaniu kogoś, kto podobno zasadzał się na jego pracodawcę.

– Andreas nadepnął mu na odcisk i facet obiecał, że go zabije. Najwyraźniej planuje dotrzymać słowa. Wynajął ludzi i ściga mojego klienta po całych Stanach. Nie tylko jego, ale także jego przyjaciela. Przeżyliśmy dwa zamachy, teraz ukrywamy ich w Bostonie, mają zakaz wychodzenia na ulicę, bo, jak Boga kocham, zdejmą ich. Dlatego zdecydowaliśmy, że gościa trzeba się pozbyć.

Antonio nie wiedział, dlaczego Andreas tak długo zwlekał z tą decyzją. Najpierw, po tym gdy w porywie wściekłości zamordował dziecko i wysłał jego szczątki Goldblumowi, Belg planował zabić także Jeffa. Potem chyba ochłonął, bo zaczął się wahać. Do wyrzucania sobie błędnej decyzji w sprawie Zacharego się nie posunął, nie miał w zwyczaju samobiczowania. Po prostu obawiał się, że po śmierci głównego udziałowca firmy sprawy mogą przybrać niekorzystny obrót. Dlatego wstrzymywał się, uważając, że wszystko należy dobrze przemyśleć i opracować alternatywną strategię, której długo jednak nie potrafił sformułować. Tymczasem polowanie na niego i Mirana trwało, co zmuszało mężczyzn do męczącego ukrywania się. Na rozwiązanie wpadł w końcu Miran i wtedy Antonio skontaktował się z ETA. Zaproponował tak hojne wynagrodzenie, że przełożeni Maite nie wahali się. Nie zniechęciły ich nawet informacje, że ofiara jest wyjątkowo ostrożna: otoczona szpalerem ochroniarzy unika otwartych przestrzeni.

– Ona da sobie radę – zapewnił bez wahania szef Maite.

Przeanalizowali dokładnie zwyczaje ofiary. Faktycznie, mężczyzna był bardzo ostrożny. Nie było szans, aby trafić go podczas codziennych czynności – zawsze starannie go pilnowano. Jedynym miejscem, gdzie być może udałoby się go zastrzelić, było lotnisko. Co prawda interesujący Maite człowiek przesiadał się z opancerzonego audi A8 do odrzutowca w hangarze zawsze dopiero po zamknięciu metalowych drzwi, ona była jednak pewna, że doczeka się, aż mężczyzna popełni błąd.

Poprawiła białą teflonową osłonę, pod którą leżała. Namiot miał za zadanie chronić ją przed gorącem. Panowała nowojorska późna wiosna i słońce grzało mocno, zwłaszcza na dachu, ale ona cały czas była skoncentrowana, dlatego zauważyła krótki błysk. Odwróciła wzrok od celownika i zerknęła na prowadzącą do hangaru drogę. Na jej końcu właśnie pojawiło się znajome audi.

Podjechało jak zwykle do bramy. Ze środka wysiadł ubrany na czarno kierowca. Pod kurtką miał kamizelkę kuloodporną – Maite mogła to bez trudu dostrzec przez celownik. Otworzył oba skrzydła. Kobieta przesunęła spojrzenie na tył pojazdu. Niestety, jak zwykle nie mogła dostrzec pasażera, a strzelanie na ślepo przez kuloodporną szybę nie wchodziło w grę.

Audi wjechało do hangaru. Brama została zamknięta i na dłuższy czas zapanował spokój. Potem do uszu czuwającej na dachu kobiety dotarły odgłosy startującego silnika. Maite zamarła. Z baraku wytoczył się gulfstream.

Samolot miał sześć okien. Nigdy wcześniej w żadnym z nich nie udało się jej dostrzec choćby cienia twarzy osoby, którą znała z fotografii. Nie tylko z tej, którą pokazał jej Antonio. Wizerunek mężczyzny pojawiał się często w prasie, zwłaszcza ostatnimi czasy.

Sprawdziła pierwsze okno. „Nikogo”. Drugie i trzecie. „Nie ma go”. Podejrzewała, że do momentu startu cel leży na podłodze lub ukrywa się na tyłach maszyny. „Nie jest głupi, dobrze wie, że na niego polujemy” – pomyślała z uznaniem Maite. „Ale każdy z nich w końcu popełnia błąd, kwestia czasu” – uśmiechnęła się do siebie.

W tym właśnie momencie pomiędzy czwartym a piątym oknem dostrzegła ruch. Mignął kawałek rękawa, a potem ktoś, kto był w środku pochylił się. Dosłownie na chwilę.

– Jest! – szepnęła kobieta do siebie. – Stój! – rozkazała celowi.

Mężczyzna jakby jej słuchał, bo na moment zamarł. Maite dokładnie widziała jego plecy. Chyba schylał się po coś, co upadło na podłogę. Wstrzymała oddech. Przeliczyła w myślach poprawkę na wiatr. „Trafię” – obiecała sobie i pociągnęła za spust.

Stuknęło, niegłośno, ponieważ L96 był wyposażony w tłumik. Rozbita szyba okienna samolotu, niewystarczająca, aby zatrzymać pocisk z twardym rdzeniem, trysnęła na boki i osypała się na asfalt niczym grad, a kula dosięgnęła Jeffa Goldbluma, trafiając prosto w jego serce.

***

Abigail Goldblum weszła do apartamentu i rzuciła klucze na stojący w hallu stolik. Prześlizgnęły się po szarozielonym blacie, odbiły od wazonu z gerberami, po czym upadły na podłogę. Abigail nie zamierzała ich podnosić – kręciło się jej w głowie z powodu leków uspokajających, które podał jej doktor Sims przed pogrzebem.

– Będziesz przytomna, ale znieczulona – obiecał. – Przetrwasz – dodał przyjaźnie, poklepując ją po kolanie. Uśmiechnął się ze smutkiem, westchnął i wyszedł, aby przygotować się do ceremonii.

Abigail długo nie odczuwała skutków zażycia xanaxu. Chociaż doktor zaryzykował i podał jej podwójną dawkę, nie mogła przestać się trząść. Jeff zginął w zamachu, a Zachary… Abigail miała przeczucie, że zniknięcie syna i zabójstwo męża łączą się. Była pewna, że Zachary także nie żyje. Co prawda mąż zapewniał, że się odnajdzie, ale teraz, analizując mowę jego ciała, ton jego głosu, to, jak odwracał się do niej tyłem, doszła do wniosku, że na pewno kłamał. Nie umiała jednak odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i on, i dziecko zniknęli z jej życia. Xanax, zamiast uspokajać, powodował splątanie myśli.

Wyciszyła się dopiero w bożnicy, słuchając znanych jej modlitw i powtarzając ich słowa. Przetrwała przejście do miejsca pochówku. Nie poruszył jej nawet niespodziewany atak paparazzi, którzy udając żałobników, pokonali kordon ochroniarzy. Wyjęli uzbrojone w długie obiektywy aparaty i zaczęli z nich strzelać. Abby nawet się nie osłaniała. W końcu fotografów schwytano i wyprowadzono. Odebrano im i zniszczono sprzęt.

– Pozwiemy was za to! – krzyczały dziennikarskie hieny. Abby wiedziała, że nie pozwą, a jeśli pozwą, gorzko pożałują. Lepiej nie porywać się z motyką na słońce, jak zwykł mawiać jej ojciec.

Gdy wszystko ucichło, rabin zmówił modlitwę. Skinął na mężczyzn mających opuścić prostą, sosnową trumnę do grobu. Kiedy przesuwała się w dół, wypowiedział ostatnie słowa, mające pożegnać zmarłego na zawsze.

– Lecz ty idź swoją drogą, aż przyjdzie koniec; i spoczniesz, i powstaniesz do swojego losu u kresu dni.

Abby podeszła do grobu i sięgnęła po garść ziemi. Potem po prostu wsypała grudki do dołu; w zasadzie same stoczyły się z jej dłoni. Odeszła na bok. Miała świadomość, że zgromadzeni żałobnicy ze zdziwieniem przyglądają się jej spokojowi. Nie obeszło jej to. Xanax robił swoje.

Kolejne osoby, poczynając od najbliższych krewnych, rzucały grudki na trumnę. Gdy wieko zniknęło pod warstwą żółtawej gleby, prowadzący modlitwę wypowiedział bardzo cicho werset z Księgi Koheleta, a Abigall, szeptem, razem z nim.

– A proch powróci do ziemi, z której wyszedł, duch zaś wróci do Boga, który go kiedyś dał.

Pozostali zmówili kadisz, który zgodnie z tradycją na pogrzebie ojca powinien wygłosić syn. „Ale go nie ma, on też chyba nie żyje” – przypomniała sobie kobieta i zachwiała się. Nie pomogły jej wypowiadane chórem tradycyjne żydowskie życzenia. „Niechaj pocieszy was Ten, który jest wszechobecny. Niech pocieszy was pomiędzy wszystkimi, którzy smucą się na Syjonie i w Jeruzalem”. Właściwie nie czuła nic, ani smutku, ani strachu, tylko przejmujący chłód. Po co więc słowa? „Idźcie do domu” – ponagliła zgromadzonych.

W końcu rozeszli się, a ona powoli powędrowała do samochodu, podtrzymywana przez matkę. Anita, chociaż miała już blisko siedemdziesiąt lat, bez trudu dawała sobie radę ze słaniającą się córką. Trzymała ją mocno wpół, nie dając szans, aby się potknęła czy gwałtownie zachwiała, a Abby była jej za to wdzięczna – nie chciała robić z siebie pośmiewiska.

Gdy skręciły za żywopłot, podeszli do nich Dawid i Aaron – spokrewnieni z nią dwaj najważniejsi wspólnicy zmarłego. W porównaniu z Jeffem byli drobnymi udziałowcami i nie mieli wpływu na żadne ważniejsze decyzje, ale Jeff ich lubił. Obydwaj mieli na sobie czarne garnitury, w których było im za gorąco. Pocili się. Abby czuła ich dziwny, ostry zapach, przypominający woń surowego mięsa.

– Bardzo nam przykro – zaczął Dawid.

– Dziękuję – wyszeptała kobieta, zatrzymując się.

– To straszne…

– Tak.

– Tak… Rozumiem, że teraz jesteś zdruzgotana… Ale… Abby… Trzeba podjąć pewne decyzje.

– Jakie?

– Co z Plantinium.

– Tak?

– Odziedziczyłaś wszystkie akcje Jeffa. Jesteś teraz naszym szefem. Abby… Będziesz się musiała zająć firmą.

– Nie teraz…

– Pewne sprawy nie mogą czekać.

– Będą musiały! – włączyła się do rozmowy Anita. – Ona nie jest w stanie pracować!

– Wiem, wiem, ale… – Dawid wahał się, potarł czoło. – Rozumiem ogrom tragedii, ale czy chcecie stracić także firmę?

– Nie wiem, Dawidzie, nie teraz! – zdenerwowała się Abby.

– Słuchaj… Mam propozycję. Odkupię od ciebie te akcje. Jestem gotów w tej chwili jechać do ciebie i omówić warunki. Może nie tyle omówić… Przyjmę każde, wierz mi.

– Ja też – zadeklarował się Aaron. – Kupimy po połowie. Po połowie tego, co nam zaoferujesz. Nie zakwestionujemy ceny, zdobędziemy środki, bez obaw. Abby…

– Nie wiem…

– Abby, dogadajmy się, proszę cię. Czy możemy jechać z tobą? – zapytał Dawid łagodnym tonem. Abby zamknęła na moment oczy, aby zebrać myśli.

– Nie – odparła. – Nie teraz. Idźcie sobie. Proszę.

– Idźcie! Wstydu nie macie! – dodała Anita i popchnęła córkę w kierunku rolls-royce’a. Osłoniła ją swoim ciałem i czekała, aż wsiądzie, rzucając wspólnikom Jeffa pełne dezaprobaty spojrzenia.

Wróciły do domu bez przeszkód. Dopiero widok znajomych pomieszczeń i brzęk upadających na posadzkę kluczy wyrwały ją z letargu. Zrzuciła buty i przeszła do salonu, gdzie natychmiast sięgnęła po pilota i podkręciła ogrzewanie. Cały czas marzła. Zajrzałaby do barku, ale nie chciała łączyć tabletek z alkoholem. „Chociaż może byłoby to rozwiązaniem. Może dołączyłabym do Jeffa i Zacharego” – pomyślała. Niestety z kuchni dobiegał głos Anity parzącej herbatę. Przeszkadzał.

– Co za bezczelne typy! Pomyśleć, że to rodzina! – mówiła matka. – Dopiero co zasypali trumnę, już o pieniądzach! Hieny cmentarne! Wstyd! Jak można nagabywać o interesy nad grobem? No jak, powiedz mi?! Jak ich wychowano?! Za grosz szacunku… – dodała, stawiając na stoliku filiżanki.

– Mamo, proszę cię… – szepnęła Abby. – Nie mów nic… – poprosiła, po czym pilotem włączyła muzykę. – Posłuchajmy, nie mów do mnie.

Anita zamilkła i usiadła na śnieżnobiałej sofie, a z głośników popłynęła „Błękitna rapsodia” Gershwina. Abby odprężyła się. Niestety, kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki początkowego glissando, muzyka nagle się urwała.

– Dzień dobry, Abigail – rozległ się miły męski głos. – Przepraszam, że zakłócam delektowanie się muzyką, ale mam ci coś do przekazania.

Stuknęło. A potem Abby usłyszała nieznany głos.

– Ty chyba nie chcesz więcej oglądać całego i zdrowego Zacharego. Umawialiśmy się, że będziesz grzeczny. Złamałeś obietnicę. Gdyby nie przyszło mi do głowy, aby cię sprawdzić… – powiedział.

– Odpieprz się – odparł nagrany na płycie Jeff.

Rozmowa była krótka. Gdy dobiegła końca, Anita zakryła usta drobną dłonią.

– On go sprzedał, sprzedał dziecko za Plantinium – szepnęła.

Znowu stuknęło.

– Cicho! – rozkazała matce Abby. Zacisnęła palce na ozdobnej poduszce.

– Droga Abigail! – rozległ się znowu głos nieznajomego. – Uważaj, z kim się zadajesz. Dla pieniędzy ludzie gotowi są na wiele… – oznajmił z żalem. – Plantinium… Żądza posiadania Plantinium… To destrukcyjna siła. Jeżeli chcesz się pozbyć firmy, proszę, zadzwoń do mnie. Siedem, siedem, dwa, zero, jeden, sześć, jeden, jeden, osiem. O każdej porze dnia i nocy. Jestem przyjacielem. A przynajmniej nie jestem wrogiem. Czekam na twój telefon.

***

Samolot, przechylając się raz po raz na prawe skrzydło, wszedł w ostatnią fazę podejścia do lądowania na Okęciu. Przez niewielkie okna można było dostrzec poprzecinane ulicami miasto. Przestrzenny chaos świadczył o tym, że stolica rozwijała się bez planu, pochłaniając żarłocznie kolejne tereny rolnicze, połykając zieleń i zamieniając wszystko w potężne sypialnie dla rzeszy pracowników różnorodnych biur. Od razu widać, że blokowiska są ważniejsze od dróg, szkół i infrastruktury. Miasto było kompletnie inne niż Nowy Jork, w którym Miran spędził ostatni rok, przygotowując się do przeniesienia interesów do Polski. W Wielkim Jabłku panował nienaganny porządek, ulice zbiegały się pod kątem prostym, a w dokładnie wymytych taflach okien biurowców odbijały się chmury. Za każdym razem przed lądowaniem na JFK Miran napawał się widokiem tego wyjątkowego miejsca. W Nowym Jorku wszystko wyglądało „stylowo”, nawet biedniejsze dzielnice. Tutaj natomiast wszędzie panował bezład, co dało się dostrzec nawet z dużej wysokości. Do tego brud. I nijakość. „Bo to ziemia niczyja” – pomyślał mężczyzna.

Wracał do kraju jako prezes Genesisu, spółki, która za bezcen i bez najmniejszych kłopotów przejęła Plantinium od Abigail. Wdowa odezwała się do niego kilka dni po podrzuceniu do jej domu płyty. Zadzwoniła akurat wtedy, gdy Miran przeglądał doniesienia prasowe. Każda aktualna gazeta pisała o zbrodni, której dokonano wieczorem poprzedniego dnia. Zdjęcia z miejsca zajścia, okrutne i ostre z powodu zastosowanej do ich wykonania lampy błyskowej, nie powinny były przedostać się do prasy, ale się przedostały. Przedstawiały Aarona i Dawida wraz z rodzinami. Martwymi żonami, dziećmi i psami, oświetlonymi białym, lodowatym światłem wydobywającym na pierwszy plan wszechobecną czarną krew, poskręcane, cierpiące kończyny, opuchnięte twarze z głębokimi bruzdami w miejscach oczu. Mężczyźni zostali powieszeni i najpewniej zatłuczeni na śmierć; bliskich po prostu zamordowano, czysto i koszernie, poprzez podcięcie gardeł. Miran nie miał wątpliwości, kto za tym stoi.

– Abigail Goldblum – przedstawiła się kobieta, a Miran natychmiast zwinął gazetę i strącił ją pod biurko.

– Miran Zieliński. Słucham? – odchrząknął i czekał, co powie.

– Chcę panu sprzedać Plantinium.

Dogadali się w ciągu dwóch dni – przejęcie spółki akcyjnej nie nastręczało problemów. Prawnicy po prostu przygotowali odpowiednią umowę sprzedaży akcji. Miran i Abigail podpisali wymagane dokumenty i podali sobie ręce.

– Obyś się udławił! – życzyła na pożegnanie kobieta.

– Dziękuję! – odpowiedział jej spokojnie, a gdy wyszła, zacisnął mocno obie pięści.

Dreamliner przechylił się ponownie i obniżył lot o kolejne metry. Był już blisko docelowego pasa. W oddali widać było fioletowo-szare, przypominające gwiazdę logo lotniska, umieszczone na czole hali przylotów. Miran oparł głowę o zagłówek i zamknął oczy. Nie lubił lądowań, zawsze bolały go wtedy uszy. Słysząc w nich uporczywe stukanie, zorientował się, że maszyna opada coraz szybciej, aby nagle uderzyć kołami o ziemię. Rozległ się huk przeciwnego ciągu i samolot gwałtownie zwolnił. Kilka osób zaczęło klaskać. „To się chyba nigdy nie zmieni u Polaków” – pomyślał i pokręcił głową.

Gdy tylko zatrzymali się przy rękawie, wstał i sięgnął do schowka po teczkę. Siedząca po przeciwnej stronie przejścia Satia – w Genesisie szefowa do spraw badań – zrobiła to samo. Miran musiał przyznać, że w pewnym stopniu zaskoczyła go szybką decyzją o porzuceniu poprzedniej pracy. Zdawał sobie sprawę, że czuła się w niej niedoceniana, może nawet poniżana, i że pragnie zmian, ale nie był świadomy, jak wysoko sięgają jej ambicje. A może marzenia pojawiły się w głowie Satii dopiero wtedy, gdy poczuła, jak dobrze mieć pieniądze, których jej nie żałował, odkąd przeszła do Plantinium? A może chodziło o poczucie władzy? Albo po prostu trafiły się jej warunki sprzyjające ujawnieniu ambicji. „Ability must meet opportunity” – uznał Miran, przypominając sobie słowa pewnego przedsiębiorczego Libańczyka, którego poznał na niedawnej konferencji w Toronto.

Po Satii wstali pozostali naukowcy, których Miran zabrał ze sobą z TransGenu. Wybrał dwóch Słowaków i Litwina, Rosjanina i Słowenkę – utalentowanych, młodych i posługujących się w podstawowym zakresie językiem polskim. Stanowili najmocniejsze ogniwa zespołu badawczego Mirana. Zatrudnił ich zaraz po przejęciu Plantinium, gdy tylko dostał od Grupy Pięciu wolną rękę. Obawiał się, że będzie ich musiał namawiać, ale podobnie jak Satia zgodzili się bez wahania – być może dlatego, że zaoferował znacznie lepsze warunki. W TransGenie złożyli wymówienia tego samego dnia, którego Miran obiecał im pracę w Genesisie.

W ciągu dwóch tygodni od przejęcia Plantinium nowi pracownicy przenieśli się wraz z nim z Austrii do Stanów Zjednoczonych. Gdy tylko uporali się z jet lagiem, wkroczyli do laboratoriów Plantinium i pod kierunkiem Satii przystąpili do inwentaryzowania bieżącego stanu prac. Następnie mieli wskazać procesy badawcze, które należałoby ich zdaniem przerwać jako nierokujące – czy to zbyt kosztowne, czy to obarczone dużym ryzykiem. Potem należało raz jeszcze zweryfikować zestaw kontynuowanych projektów i przygotować procedury pozwalające na przeniesienie wszystkiego co niezbędne do kolejnej przeprowadzki. Tym razem do Polski, gdzie właśnie wylądowali. Gdzie Miran nie był od wielu lat.

Za granicą nie tęsknił za krajem, ale teraz zabrał bagaż podręczny i jako pierwszy wymaszerował z samolotu. Był ciekaw, co poczuje, gdy znów znajdzie się w ojczyźnie.

– Do widzenia, dziękujemy za wspólną podróż! – pożegnała go uprzejma stewardesa pierwszej klasy. Nie odpowiedział.

Po szybkiej odprawie przeszedł wraz z ludźmi do hali przylotów. Nie poczuł tam niczego, o czym czytał u polskich wieszczów: żadnego drżenia serca, żadnego uniesienia. „Widać, nie jestem typem patrioty” – zaśmiał się w duchu i rozejrzał wokół siebie. Wśród kłębiącego się tłumu skromnie ubranych oczekujących, na tle których jego elegancki zespół ściągał pełne zazdrości spojrzenia, zauważył szofera z tablicą „Genesis”. Sekretarka zamawiała go jeszcze w Nowym Jorku. Miran podszedł do kierowcy i zanim zdążył się przedstawić, mężczyzna ukłonił się.

– Witam, szefie. Proszę za mną! – wskazał w stronę wyjścia. – Walizkami zajmie się ktoś od nas – obiecał i ruszył w stronę szklanych drzwi, za którymi czekały firmowe, czarne jak należy bmw. Miran uśmiechnął się. „I to jest odpowiednie powitanie” – pomyślał, udając się w ślad za kierowcą.

***

Anna Derkacz stała przed biurowcem i spoglądała w górę, chociaż miała świadomość narażania się na pewną śmieszność, cechującą przesadnie entuzjastycznych turystów. Nie mogła się jednak powstrzymać, oszołomiona ogromem budowli. Z dołu jej szczyt był niemalże niewidoczny – poranne słońce rozpraszało się w smogowej mgle i raziło tak mocno, że kobieta musiała zmrużyć oczy. Od jasnego nieba odcinał się umieszczony na szczycie budowli gigantyczny napis. Zespawane ze stalowych półfabrykatów lśniące litery o nowoczesnym kroju układały się w słowo „Genesis”.

Biurowiec liczył dwieście czterdzieści pięter i nie dość, że był najwyższym budynkiem w Łodzi, to jeszcze otrzymał tytuł najciekawszego rozwiązania architektonicznego ostatnich lat. Anna musiała przyznać, że było to wyróżnienie w pełni zasłużone. Projektujący budowlę architekt zdecydował się na połączenie organicznych linii, charakterystycznych dla Gaudiego, z elementami high-tech. Efekt oszałamiał. Wykorzystane jako ornament powtarzające się segmenty automatycznych rolet, klimatyzatorów i stalowych belek konstrukcyjnych układały się w lubianą przez katalońskiego mistrza mozaikę. Biomorficzne linie podkreślono za pomocą biegnących w szklanych tunelach różnokolorowych wiązek kabli sieciowych i zasilających. Gdzieniegdzie dekoracja fasady urywała się nagle, aby przeskoczyć na sąsiednią ścianę, umieszczoną pod kompletnie nieprzewidywalnym kątem. Projektant po mistrzowsku wykorzystał też światło. Odbijało się ono od wplecionych w industrialne ornamenty ogromnych luster. Całość wyglądała niesamowicie naturalnie, jakby właśnie wyrosła z ziemi po wielowiekowym dojrzewaniu do perfekcyjnej formy.

Budynek powstał w rekordowo krótkim czasie, dosłownie w ciągu niecałego dwutysięcznego siedemnastego roku. Łodzianie dziwili się, że coś tak efektownego i przytłaczającego ogromem wyrosło niemal znienacka ponad miasto. Odkąd Genesis – firma, o której mówiono, że ma poparcie najwyższych władz w kraju – kupił za bezcen ogromny teren pod Łodzią i rozpoczął inwestycję, minęło dziesięć miesięcy. W tym czasie, kosztem pracy tysięcy robotników i setek maszyn, za niewiarygodną sumę, powstał główny biurowiec, dwa budynki pomocnicze – równie imponujące – oraz szereg szklarni. Oprócz nich Genesis przygotował też pola uprawne, które ogrodził murem i przykrył siatką, aby zabezpieczyć się przed ptakami i owadami, których najwyraźniej tam sobie nie życzono.

Na otwarcie siedziby przyjechał sam Zdzisław Lasota. Pojawili się też miejscy urzędnicy i przedstawiciele lokalnego biznesu, którzy przy władzach Genesisu wyglądali jak zaproszeni z grzeczności ubodzy krewni – tak to oceniła Anna, oglądając w lokalnej gazecie relację fotograficzną. Łodzianom obiecano wyjątkową przyszłość u boku potężnej spółki badawczej. Uwierzyli. W końcu pojawiło się w mieście coś, co rokowało; do tej pory bywało z tym różnie, jakby Łódź stanowiła biznesowy trójkąt bermudzki, pochłaniający i stare, i nowe firmy.

Wskaźniki bezrobocia cały czas były wysokie, gorzej niż Łódź miał tylko Białystok. Z miasta masowo wyjeżdżali młodzi ludzie, którzy nie chcieli spędzać życia na zasiłku. Emigrowali do Anglii, Irlandii czy Kanady, zabierając ze sobą członków bliższej i dalszej rodziny. Wskutek tego w Łodzi pustoszały całe dzielnice, a małe zakłady zaczęły odczuwać braki kadrowe.

Przerażone sytuacją władze miasta zainwestowały w opracowanie programu naprawczego, który przygotowywali konsultanci ze znanej na świecie firmy doradczej Adviceros. Dostarczony przez nich materiał nie był niczym innym jak tylko ładną prezentacją, mówiącą, że miasto chyli się ku upadkowi z powodu braku infrastruktury i siły roboczej, na co środkiem zaradczym może być doinwestowanie tejże i wdrożenie systemu preferencji dla osiedlających się w Łodzi nowych przedsiębiorstw, na co miasta nie było stać. Konsultanci zaproponowali też wskrzeszenie słynnego łódzkiego przemysłu odzieżowego, co miało się rozpocząć od organizacji targów mody. W praktyce wyszło tak, że mieszkańcy zapłacili za bankiety dla dziwacznie ubranych blogerek i rzekomych znawców z branży „fashion”, a sami obeszli się smakiem. Po zapozowaniu do zdjęć i pochichotaniu modowi guru zniknęli, zostawiając Łódź z długami, ponieważ nikt nie zamierzał tu otwierać ani biur projektowych, ani szwalni. Adviceros został zwolniony. Kiedy władze, a powoli także mieszkańcy zaczęli godzić się z tym, że za kilkanaście lat miasto może przestać istnieć, przybył Genesis.

Anna poprawiła garsonkę. Klasyczny garnitur z sięgającą nieco za kolano spódnicą rano wydawał się bardzo odpowiedni. Teraz uznała go za niemodny i kompletnie nieprzystający do miejsca, w którym miała się odbyć rozmowa kwalifikacyjna. Kupiła go cztery lata temu i było to widać. Poczuła, że ze zdenerwowania zaczyna się pocić. Opuściła głowę i weszła przez automatyczne łukowate drzwi do środka.

W holu powitała ją recepcjonistka o wyglądzie lalki Barbie, było tam także czterech ochroniarzy. Łysi, dobrze zbudowani, odziani w czarne garnitury stali w rogach pomieszczenia i uważnie obserwowali Annę. Podchodząc do lady recepcyjnej, kobieta starała się nie zwracać na nich uwagi, ale i tak spociła się jeszcze bardziej. „Ogarnij się” – nakazała sobie i uśmiechnęła się do Barbie.

– Przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną z szefową działu badań – poinformowała. Plastikowa dziewczyna zastukała różowymi paznokciami w klawiaturę.

– Pani godność?

– Anna Derkacz.

– Dziękuję. Proszę przyłożyć tutaj palec wskazujący – podała Annie coś, co przypominało iPhone’a. Na ekranie urządzenia przesuwał się świecący na zielono pasek. Anna posłusznie umieściła palec we wskazanym miejscu.

– Do czego to służy? – zapytała.

– Do przygotowania dla pani przepustki. System odczyta układ naczyń krwionośnych pod skórą i otworzy tylko te drzwi, dla których będzie miał zezwolenie. Dziś będzie pani mogła skorzystać z windy i wejść do Satii – przez najbliższą godzinę. Potem upoważnienie straci ważność.

– Aha – Anna była zszokowana. W obecnym miejscu pracy wystarczał zwykły klucz Yale, ale tutaj najwyraźniej postawiono na solidne zabezpieczenia.

– Jeśli dostanie pani u nas pracę, będzie pani mogła wchodzić również do innych pomieszczeń. Trzymam kciuki! Tu, w Genesisie, jest naprawdę świetnie! – zapewniła Barbie, kiwając głową tak gorliwie, że aż podskakiwał jej koński ogon.

Anna podziękowała i udała się w kierunku wind. Dotknęła czytnika, przywołała jedną z wind i na moment obróciła się twarzą do holu. Był podobnie oszałamiający jak zewnętrzna strona budynku. Sklepiał się wysoko, gdzieś w okolicach szczytu budowli. Po bokach rozmieszczono okna, tafle szkła i polerowanej stali, które rozprowadzały wpadające do wnętrza światło w dół i na boki. W efekcie w pomieszczeniu było nieprawdopodobnie jasno. „Jak w katedrze” – pomyślała i w tym samym momencie usłyszała cichy sygnał oznajmiający, że winda już czeka.

Wysiadła z niej na najwyższym piętrze – jedynym dostępnym na klawiaturze. Wyszła wprost do urządzonego na biało sekretariatu, w którym poczuła się jeszcze bardziej nie na miejscu. Nie zdążyła jednak usiąść na przyjemnie wyglądającej sofie.

– Satia prosi do środka – poinformowała ją kolejna młoda i świetnie ubrana kobieta lalka. – Proszę wejść. – Nacisnęła znajdujący się pod blatem przycisk odblokowujący wejście i wskazała drzwi obite ekstrawagancką skórą w zwierzęcy deseń.

Anna pchnęła je delikatnie, ale nie ustąpiły. Spróbowała jeszcze raz, bezskutecznie.

– Trzeba wydać komendę – podpowiedziała sekretarka.

– Aha – Anna udawała, że wie, o co chodzi.

– Otwórz. Wystarczy powiedzieć.

– Aha.

– No niech pani powie. Ja jestem za daleko, nie słyszy mnie. Otwórz. Wtedy się rozsuną. Mamy inteligentny budynek – zaśmiała się.

– Otwórz! – poleciła Anna bez przekonania, a lamparcie drzwi rozsunęły się bezszelestnie, odsłaniając przestronny gabinet. W jego rogu, daleko od wejścia, za sporym biurkiem z jasnego drewna siedziała kolejna kobieta. Ta, która miała zdecydować o losie kandydatki.

Anna marzyła o tej pracy, odkąd zobaczyła ogłoszenie o naborze. „Dla najlepszych i całkowicie oddanych” – głosił slogan na górze anonsu. Kobieta miała nadzieję, że okaże się wystarczająco dobra, aby choćby myć retorty w jednym z laboratoriów Genesisu. „Skup się” – syknęła do siebie w myślach i powoli podeszła do biurka, starając się nie stukać zbyt mocno obcasami. Podłoga wyłożona była wysokiej jakości parkietem i nie chciała go porysować czółenkami za dwadzieścia dwa dziewięćdziesiąt z Butów Bez Bólu – popularnej sieciówki z tanim obuwiem.

– Dzień dobry – rzuciła w połowie drogi. – Dzień dobry – powiedziała raz jeszcze do stojącego w cieniu szafy kolejnego ochroniarza.

– Dzień dobry – odwzajemniła powitanie właścicielka gabinetu, odkładając pióro i na moment zatrzymując wzrok na wchodzącej. – Pani dane? – zapytała, zerkając na zegarek. Anna zaryzykowała szybki rzut oka na tarczę wykładaną masą perłową. „Patek” – odgadła markę. „Za przeszło dwieście tysięcy”. Znała cenę, ponieważ w obecnej pracy miała styczność z zamożnymi klientami.

– Anna Derkacz – odpowiedziała, stając na baczność.

– Siadaj – poleciła kobieta, wskazując podbródkiem fotel. Anna, po latach spędzonych w klinice chirurgii plastycznej, od razu zauważyła, że jej rozmówczyni przeszła kilka korekt wyglądu. Być może powiększyła piersi. Z pewnością usta. „Na sto procent wypełniacz, ładnie wykonane”. Zero zmarszczek. „Facelift robił ktoś dobry; praktycznie bez śladów”. Młode dłonie, o idealnie równo zabarwionej skórze. „Ostrzykiwanie jakimś białkiem?” – zgadywała Anna.

– Proszę zreferować swój życiorys – poleciła kobieta.

– No więc… Studiowałam w Gdańsku…

– Nie, nie o to mi chodzi. Prywatny. To, gdzie pani studiowała, wiem. Wiem też, gdzie pani pracuje. Ciekawi mnie tylko, dlaczego. Miała pani dobre wyniki, rokowała pani… I skończyła w Manufakturze. Dlaczego?

„Z powodu cholernego pecha” – niemal wyrwało się Annie. Zaczęło się od tego, że kilka dni po odebraniu dyplomu wybrała się na przyjęcie z okazji ukończenia studiów. Poznała tam interesującego mężczyznę, a że sporo wypili, puściły im hamulce. Wybrali się na plażę i kochali na wydmie. Było fajnie, ale dwa miesiące później Anna odkryła, że jest w ciąży.

Na szczęście Michał nie uciekał od odpowiedzialności. Anna wyszła za mąż; cieszyła się, że nie będzie sama. Szybko urodziła kolejne dziecko – wtedy jeszcze związek układał się całkiem dobrze. Nie narzekali też na brak pieniędzy. Może Michał nie zarabiał bardzo dużo, ale wystarczająco, aby ona mogła zająć się dziećmi. Niestety, gdy młodsza córka skończyła rok, stracił pracę.

Stracił i nie zamierzał szukać kolejnej. Po prostu usiadł na tapczanie, włączył telewizor i całymi dniami popijał piwo. Chcąc nie chcąc, to ona musiała zacząć zarabiać. Wysłała dzieci do żłobków i sądząc, że nie będzie miała kłopotów ze zdobyciem stanowiska w jednym z instytutów badawczych którejś z trójmiejskich uczelni, porozsyłała życiorysy i czekała na odzew.

Ten niestety nie nastąpił. Po kilku telefonach z pytaniem, czy może liczyć na pracę, zrozumiała, że wszystkie miejsca w placówkach naukowych, w których oferowano w miarę dobre pensje i prowadzono od czasu do czasu finansowane przez Unię projekty, zajęli doświadczeni profesorowie. Może nie byli tak rzutcy jak młodsi naukowcy, ale pilnowali swoich stanowisk. Nie było możliwości, aby się tam dostać. Z kolei praca na uczelni, którą Anna też rozważała i która byłaby dostępna, stanowiła opcję tylko dla bogatych, czyli nie dla niej. Uniwersytety i politechniki płaciły tyle co nic. Pensja nie wystarczyłaby nawet na bilet miesięczny. Dlatego koniec końców Anna zdecydowała się na tymczasowe rozwiązanie, czyli pracę w charakterze opiekunki pacjentów w jednej z klinik chirurgii plastycznej w Trójmieście – Gdańskiej Manufakturze Urody.

Jej obowiązki nie miały nic wspólnego z medycyną. Miała za zadanie oprowadzać pacjentów po oddziale, pokazać co ważniejsze miejsca, a po zabiegu odwiedzać ich co godzinę czy dwie, pomóc się umyć, przebrać, a także podnosić na duchu, bo bywało, że bardzo cierpieli.

– Żeby być pięknym, trzeba pocierpieć – mawiała Anna, w głębi duszy obojętna na ból podopiecznych. „Dostali to, o co prosili” – uważała.

O sobie mówiła, że jest „lepiej ubraną i mądrzejszą salową”. Kiedyś marzyła o wielkich odkryciach, teraz wynosiła brudne talerze i ścierała podłogi, a do tego nie bardzo mogła narzekać. „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Z interesującej dziewczyny zmieniła się w zniszczoną panią domu o zafarbowanych na przepisowy kasztan włosach i z niedokładnie wykonanym pedikiurem. Wszystko z powodu pecha.

Po chwili wahania zdecydowała się powiedzieć o tym zupełnie otwarcie.

– Co tu dużo opowiadać – zaczęła. – Po studiach zaszłam w ciążę, mąż nie chce pracować, więc pracuję ja. Mam dwie córki, właściwie nie mogę narzekać. Zresztą nawet lubię Manufakturę…

– Naprawdę? – Satia spojrzała na nią przelotnie. „Nie, z nią trzeba szczerze” – uznała Anna.

– Nie, nie naprawdę. Naprawdę jej nienawidzę. Zrobię wszystko, aby dostać pracę w Genesisie – wyrecytowała bez wahania.

– Wszystko?

– Wszystko. Mam dość mojego życia. Mam dość Manufaktury. Chcę tworzyć przyszłość, a nie obserwować, jak wszystko po kolei mnie omija… – Anna poczuła, że aż ściska ją w gardle ze złości na obecne życie.

– A zrobisz mu laskę? – kiwnęła głową w stronę ochroniarza.

– Przepraszam… Co?! – Anna odchyliła się do tyłu.

– Nie rozumiesz? To może inaczej… – Satia zastukała bladoróżowymi paznokciami w blat. – Chodzi o loda. Obciągniesz mu? Wiesz, French trick. Wydmuszka. Leczenie migdałków. Już pojmujesz? – uśmiechnęła się. Całe zajście niesamowicie ją bawiło. Nie tyle chciała sprawdzić, na ile zdeterminowana jest kandydatka, ile użyć swojej władzy. Miała jej wiele, aż za wiele. Teraz mogła oddawać innym za te wszystkie razy, kiedy dostało się jej od ludzi i świata. Z nawiązką.

Anna zamrugała kilkukrotnie, jakby coś wpadło jej do oka. „Polerowanie”. Tak mówili na to z Michałem, kiedy jeszcze uprawiali seks. Poczuła, że robi się bordowa na twarzy. Mignęło jej wspomnienie jednej z nocy z mężem, rocznicowej chyba, kiedy oddali dzieci pod opiekę dziadkom. Wypili kilka kieliszków, kochali się jak dawniej. A potem, jak zwykle, następnego dnia musiała wstać i iść do pracy, podczas gdy on pozostał w domu. Miłe wspomnienia zniknęły w jednej chwili, zastąpione codzienną irytacją. Anna otrząsnęła się. Ochroniarz nawet nie drgnął. „Czy ona mówi poważnie?” – zastanawiała się.

– Rozumiem – odpowiedziała, aby zyskać na czasie.

– Aha.

– Umowa za ile i na ile? – zapytała, chcąc określić warunki z góry.

– Bezterminowo, dycha miesięcznie, na początek – odparła Satia. – Tu masz wzór. Poczytaj.

Anna przebiegła wzrokiem tekst. Był więcej niż interesujący. Poza pensją przysługiwałby jej samochód, miałaby też opiekę zdrowotną dla całej rodziny. „Czy ona żartuje z tym lodem? Nie, nie żartuje. Czy warto to zrobić?”. Spojrzała przelotnie na ochroniarza. Był młody i dobrze zbudowany. Nawet przystojny. Niczego sobie. „Warto. Jak dziwka? Chwila i będzie po wszystkim”. Odłożyła kontrakt i zacisnęła dłonie na poręczach krzesła.

– Okej, zgoda. Gdzie mam to zrobić? – zapytała po prostu, tak jakby był to standardowy element rozmowy kwalifikacyjnej.

– No, tu. Tu i teraz. Nie przeżywaj tak, nie zajmie ci to godziny – zaśmiała się szefowa.

Przez chwilę patrzyły na siebie. Anna uniosła się z krzesła, aby podejść do mężczyzny. Satia wybuchła śmiechem.

– Hej, przestań, żartowałam – machnęła ręką. Anna opadła na swoje miejsce. Ochroniarz nadal stał jak stał, nieporuszony.

– A co z pracą? – zapytała, z trudem ukrywając zdenerwowanie.

– Masz ją.

– Serio? – zakryła dłonią usta, aby powstrzymać szloch.

– Serio. Takich ludzi potrzebuję.

– Jakich? Nie rozumiem – Annie kręciło się z wrażenia w głowie.

– Dążących śmiało do spełnienia swoich marzeń. Takich, którzy dla dobra ważnej sprawy staną na wysokości zadania, nawet ponad własnymi wątpliwościami. Którzy pokonają własny opór, gdy cel jest tego warty. Możesz być z siebie dumna!

***

– Jak rekrutacja? – zapytał Miran, siadając na krawędzi biurka. Spojrzał w kierunku okna i wykonał szybki gest dłonią. Zakrywające szyby rolety uniosły się. Na zewnątrz panowała noc, kompletnie czarna – miejskie światła nie docierały tak wysoko.

– W porządku – odparła Satia.

– Wyglądasz na zmęczoną. Może jednak wynajmiesz agencję? – zaproponował Miran. Wstał, zbliżył się i położył dłonie na jej barkach. Zaczął je delikatnie masować. Odchyliła głowę do tyłu.

– Nie – odparła, patrząc w górę. Miran podziwiał jej długie rzęsy. – Wolę sama wszystkiego dopilnować. Przynajmniej dopóki zatrudniamy osoby na kluczowe stanowiska.

– Masz obsesję kontroli – zaśmiał się. Jego dłonie przesunęły się wzdłuż jej ramion, sięgając łokci, a potem z powrotem.

Satia odepchnęła go zniecierpliwionym gestem i podniosła się. Wyciągnęła ręce przed siebie, a potem do góry. Pokręciła głową, chcąc usunąć sztywność karku. Cały dzień spędziła za biurkiem i odczuwała skutki. „To też efekty mojej cudownej pracy w TransGenie i całych dni na gównianym krześle nad gównianym mikroskopem” – pomyślała.

– Powinnaś się zrelaksować – stwierdził Miran, podchodząc i odsuwając włosy, które podczas gimnastyki opadły Satii na twarz. – Odpocząć… – mruknął, zbliżając się do niej. Pochylił się i delikatnie ugryzł jej ucho. Westchnęła.

– Chyba masz rację – odparła. – Jeszcze! – zażądała.

– Powinnaś spokojnie sobie usiąść, dajmy na to tutaj. – Miran poprowadził Satię w kierunku sofy. Powędrowała za nim, potykając się raz czy dwa o jego stopy. Nie chciała się odsunąć. Żądna pieszczot, wykonała dziwny taniec na wysokich obcasach. W końcu dotarła do kanapy, Miran pchnął ją na siedzisko. – Siedziałaś cały dzień, ale tutaj będzie ci wygodnie – stwierdził i uklęknął obok.

– Nie mam nic przeciwko – zaśmiała się, patrząc na niego. Zrzucił marynarkę i położył głowę na jej kolanach.

– Chyba powinnaś pozbyć się tych niewygodnych ciuchów – zażartował, wsuwając dłoń pod jej spódnicę. Chwycił mocno skraj pończochy, chcąc ją zdjąć, ale się rozmyślił. Lubił, gdy była ubrana w cienkie czarne zakolanówki. Przesunął palce wyżej, na jej pośladki. Wyczuł, że ma na sobie tylko stringi, niezakrywające niczego poza dokładnie wydepilowanym łonem. To też w niej lubił, bezwłose ciało. Przejechał palcami po wzgórku i szybkim ruchem ściągnął jej majtki, a potem podniósł się, pocałował z całej siły w usta i odrzucił bieliznę gdzieś za siebie.

Nie miała ochoty na grę wstępną. Podciągnęła spódnicę i stanowczo pchnęła go w dół. Ugryzł ją lekko w usta, uklęknął na podłodze i rozsunął jej uda. Spod krawędzi materiału wyglądały różowe wargi sromowe. Zachęcały, aby je possać, ale najpierw chciał chociaż chwilę na nie popatrzeć. Zniecierpliwiona Satia rozpięła bluzkę i zaczęła sama pieścić swoje piersi, oddychając przy tym coraz szybciej. Prawą dłoń przesunęła niżej, aby położyć ją na podbrzuszu. Sunąc powoli, w końcu dotknęła delikatnego miejsca, w którym lubiła, aby ją dotykać. Przesunęła po nim opuszkiem palca, a potem spojrzała wyzywająco na Mirana.

– I co? – zapytała. – Mam to załatwić sama?

– Nie ma mowy – odparł i rozsunąwszy jej uda, pochylił się i wsunął w nią język.

Szybko zrobiła się wilgotna i zaczęła miarowo poruszać biodrami. Przyciągnęła głowę mężczyzny do siebie i starała się jak najbardziej wykorzystać jego język. Odszukała na oślep jego dłoń, pchnęła w dół.

– Wymasuj mnie tam – poleciła, oddychając tak szybko, jakby się topiła.

Wsunął w nią dwa palce. Nie potrzebowała wiele czasu, aby dojść. Gdy krzyknęła, wiedział, że już wystarczy. Uniósł się, rozpiął spodnie, a po chwili wstał i szybko się rozebrał.

– Weź mnie – poprosiła Satia tonem, w którym Miran rozpoznał tę szczególną uległość, którą okazywała tylko w sytuacjach intymnych.

– Jak sobie życzysz – ukłonił się, a potem wziął ją tak, jak lubiła: mocno, szarpiąc za włosy.





Książka dostępna w sklepie!