Na wietrze diabeł przyjechał

Zanim na dobre się rozwieje, w powietrzu wyczuć można, co się święci. Kiedy wicher w końcu stoczy się z gór i zacznie obijać między stokami, wystarczy byle iskra, aby doszło do awantury. A wszystko to przez złego, który dosiada podmuchów i sprowadza na ludzi gwałtowność…

O tym właśnie traktuje pełna nimf, mówiących zwierząt, przeklętych sadzawek, bezkresnych lasów, demonów oraz upartych mieszkańców Beskidów „Na wietrze diabeł przyjechał”.

Fragment książki



Kup teraz

  • empik
  • merlin
  • pwn



Opinie




Fragment


Laliki to miejscowość położona pod Pochodzitą. W Beskidach. Jej nazwa brzmi śpiewnie i wesoło, niczym dziecięca rymowanka. I jest całkowicie myląca. Wieś składa się z kilku smętnych domów, zamieszkanych przez prastarych mieszkańców. Młodsi wyjechali, korzystając z wybudowanej niedawno gładkiej trasy ekspresowej, wijącej się między wzniesieniami i znikającej w przepastnych tunelach. Od czasu do czasu wracają, aby czym prędzej uciekać od nudy i beznadziei, nadciągających znad stareńkich się chałup. Czasem przypałęta się jakiś turysta, skuszony zabawną nazwą „Laliki”. Jak „koraliki”. Poza tym we wsi nic się nie dzieje.

Laliki leżą na samym wierzchołku wzgórza, nad którym górują sąsiednie szczyty. „Na groniu” jak mówią miejscowi. Można się tam dostać albo od strony Koniakowa, przez wysoki most, albo od strony Kamesznicy, pokonując wijącą się jak serpentyna dziurawą drogę.

W samym sercu miejscowości, idealnie na wierzchołku przypominającego wielkie jajo pagórka, znajduje się kościół. Budynek jest biały i skromny. Uwagę przyciągają tylko dwa potężne witraże na frontowej ścianie. Parę kroków dalej stoi budynek plebanii. Tam urzęduje i mieszka proboszcz.

Przez długi czas Laliki nie miały własnego kościoła. Księża wykupili leżący pośrodku wsi kawałek ziemi, wraz ze stojącym na nim małym domkiem, idealnym na plebanię, na więcej jednak nie starczyło. Mieszkańcy na co dzień modlili się przy powieszonej na ścianie budynku kapliczce. W niedzielę natomiast chodzili do drewnianego kościoła na Pochodzitej, gdzie mszę odprawiał dla nich przyjeżdżający z Wisły ksiądz. W końcu zmęczeni pielgrzymkami, szczególnie uciążliwymi zimą, zebrali dość pieniędzy, aby postawić w Lalikach własny kościół. Z własnym proboszczem, którym z nikim nie będą się dzielić.

W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku otrzymałem zlecenie na nadzór tej właśnie budowy. Byłem świeżo upieczonym inżynierem, marzącym o muskularnych mostach i spiżowych wieżowcach. Kościółek w Lalikach potraktowałem jak obelgę, tym bardziej, że był praktycznie ukończony. Zostało do wylania kilka posadzek i sprawdzenie przypór kościelnej wieży.

Jako żółtodziób mogłem co najwyżej sarkać w duchu, ale otwarcie wybrzydzać nie było mi wolno. Nie mając wyjścia, starałem się znaleźć jakieś dobre strony tej beznadziejnej sytuacji. Właśnie zaczynało się lato, miałem więc szansę na przyzwoity urlop. W Katowicach było już gorąco i duszno. Pragnąłem oddechu. Wycieczka na wieś w Beskidach była doskonałą okazją, aby połazić po lasach, opalić blade ciało, najeść się malin i być może znaleźć kilka grzybów.

W Lalikach proboszczem był w tym czasie ksiądz Michał Buba. Miał zaledwie czterdzieści lat i jak słyszałem przybył do wsi z poprzedniej placówki w Krakowie. W niejasnych okolicznościach pojawił się w nowej parafii i z werwą zabrał za stawianie kościoła.

Zagadkowy był fakt, że górale przyjęli go z otwartymi ramionami, co rzadko się zdarzało. Później dowiedziałem się, że pochodził z Tatr. Dla miejscowych był więc „swój”, a nie „ceper”. Przy dwudziestostopniowym mrozie chodził po wsi w samej sutannie i w razie konieczności nie stronił od kieliszka. Potrafił też fachowo skląć kogo trzeba, natychmiast zyskał więc szacunek całej wsi. Poza tym dysponował medalikiem, magicznym przedmiotem, który strzegł i bronił całej wsi. O tym za moment.

Przez całe lato próbowałem umówić się z księdzem na inspekcję budowy. Buba wymyślał jednak coraz to nowe wymówki. Wyjeżdżał na pielgrzymki, organizował wizytę obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w parafii, znikał na spotkaniach w kurii albo uczestniczył w niezwykle ważnych pogrzebach w okolicznych sołectwach. Przysyłał mi krótkie liściki, informujące, że budowa idzie zgodnie z planem i ze wszystkim sobie świetnie radzi.

W końcu, po jednym z lakonicznych pism lawirującego księdza, zdenerwowałem się i zagroziłem, że jeśli nie wpuści mnie na budowę, zatrzymam wszystkie prace i nie podstempluję dziennika budowy. Bez tego Buba nie mógłby uzyskać zezwolenia na korzystanie z budynku. To chyba nieco go przestraszyło, ponieważ zadzwonił następnego dnia i zaprosił mnie do Lalik.

Pojechałem tam pekaesem początkiem września. Choć rok szkolny już się zaczął, dla mnie czas ten był esencją lata. Pola dyszały z gorąca, a oszołomione zapachem późnych kwiatów pszczoły raz po raz wpadały do autobusu. Łapałem je w chusteczkę i wyrzucałem na zewnątrz.

Autobus wypluł mnie u stóp wzniesienia, na które bez pośpiechu wszedłem. Taszczyłem torbę z planami i raportami; nie miałem siły maszerować szybkim krokiem. Ciepłe powietrze owiewało mi ramiona i powodowało senność, którą wzmagała niesamowita cisza. Nie chciało mi się pędzić pod górę, jak zwykłem to robić w mieście. Wlokłem się, aż w końcu wszedłem na szczyt.

Plebanię znalazłem bez trudu – jej białe ściany świeciły w przedpołudniowym słońcu niczym reflektory. Sprawdziwszy czy po podwórku Buby nie snuje się jakiś nerwowy pies, wszedłem przez furtkę i skierowałem kamienną ścieżką do drzwi. Podszedłem do zielonego jak puszkowany groszek małego fiata. Zerknąłem ciekawie do środka i zauważyłem, że w stacyjce tkwią kluczyki.

– Nierozsądnie – mruknąłem pod nosem i poprawiłem torbę.

Ruszyłem na tył plebanii, aby wejść do położonej tam kancelarii, gdzie miał na mnie czekać ksiądz. Gdy obszedłem budynek, za nim, nieco niżej, zauważyłem pełen starych jabłoni sad, a jeszcze dalej niewielki cmentarz. Za nimi stały góry, na które zagapiłem się tak doszczętnie, że potknąwszy się na wystającym kamieniu, runąłem jak długi.

Wstałem, sprawdziłem, czy nikt nie widział, jaką jestem gapą i postanowiłem się skoncentrować. Podszedłem do drzwi, zapukałem dziarsko i nie czekając na zaproszenie wszedłem w mrok tak zaskakujący, że przez chwilę mrugałem, aby cokolwiek dostrzec.

Buba siedział za przykrytym starymi rejestrami parafialnymi stołem. Na sobie miał czarną sutannę, upstrzoną tu i tam żółtawymi plamami po jajku. Był łysy jako kolano i jak przypuszczałem solidnej postury. Wprawnym, oficjalnym ruchem przerzucał jakieś papiery. W przeciwieństwie jednak do świeckich urzędników kiedy wszedłem zerwał się z uśmiechem i podbiegł do mnie.

– Witamy! Witamy inżyniera! – powiedział niskim głosem. Potem dowiedziałem się, że był niezrównanym tenorem, tłukącym kieliszki swoim wysokim „C”.

– Dzień dobry – odpowiedziałem jak maszyna. – Zbigniew Linert. Z „Inżo–Steru”. Na inspekcję budowy.

– Wiem, wiem! – Ksiądz machnął ręką. – Usiądź chłopcze! Jeszcze jedną sprawę załatwimy i pójdziemy patrzeć na mój kościół.

Posłusznie udałem się do kąta i usiadłem na chwiejącym się krześle. Przez chwilę udawałem, że szukam czegoś w torbie, potem przestałem, ponieważ Buba i tak się mną nie interesował, tylko mamrotał do papierzysk. Oparłem głowę o ścianę, stopy o moją listonoszkę i już miałem się zdrzemnąć, gdy usłyszałem stuknięcie furtki. Odruchowo wyjrzałem przez okno i zauważyłem, że do kancelarii zbliża się starsze małżeństwo – kobieta i mężczyzna byli do siebie tak podobni, jak podobni być potrafią małżonkowie z solidnym stażem.

– Szczęść Boże! – rzucili wchodząc do kancelarii.

– Dzień dobry – odpowiedziałem im w świeckim duchu. Nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Usiedli sztywni przed Bubą i milczeli.

Wzruszyłem ramionami, uznawszy, że nie moja sprawa, o co im chodzi. Przeniosłem spojrzenie na góry, a potem na topolę, na szczycie której siedziała sroka. Buba tymczasem na moment wyszedł, aby powrócić po chwili z zawieszoną na szyi fioletową stułą i jakąś księgą.

– Szczęść Boże! I wieczne odpoczywanie Panie mu daj… – powiedział bardzo, ale to bardzo cicho. Jego głos był niemalże niesłyszalny. Zdziwiło mnie, jak prędko z jowialnego proboszcza zmienił się w cichego duszpasterza. Dlatego też nie dając po sobie nic poznać zacząłem słuchać.

– My w sprawie Janka – zaczął mężczyzna drżącym głosem i spojrzał na żonę. Kobieta milczała. Po chwili pociągnęła nosem. Spojrzałem. Płakała. Zrobiło mi się jakoś dziwnie. Chciałem wyjść, ale nie wypadało.

– Tak, panie Szalbot. Wiem – westchnął Buba.

– Nasz Janek. Powiesił się. W lesie – powiedział gość.

Zdrętwiałem. Buba również sprawiał wrażenie wstrząśniętego. Wytarł czoło skrawkiem stuły, położył dłonie na blacie i głęboko odetchnął. Wyglądał, jakby chciał się rozpłakać. Zrobiło mi się żal i jego, i rodziców Janka. Już miałem coś powiedzieć, gdy ksiądz w końcu odezwał się drżącym głosem.

– Wiem – zawiesił na moment głos. – Straszna historia. Pogrzeb mogę zrobić w tę niedzielę. Dacie radę?

– Tak, proszę księdza. Ale on samobójca. Gdzie go pochowacie?

– U nas, za plebanią. Na naszym cmentarzu – spokojnie oznajmił Buba. Wziął przyniesioną przed chwilą księgę i odszukał w niej rodzinę Szalbotów. Trzymając palec na odpowiednim wierszu, popatrzył na gości.

– Dziękujemy, księże proboszczu – wyszeptała Szalbotowa. Więcej słów nie padło. Małżeństwo po prostu wyszło i zniknęło za rogiem.

Siedziałem na swoim miejscu, a Buba pisał coś w księdze. Ciekawość paliła mnie żywym ogniem. Wiedziałem, że średnio wypada nagabywać o gości, ale nie wytrzymałem.

– Co ksiądz tam pisze? – zapytałem, ledwo powstrzymując się od wstania z miejsca i zerknięcia mu przez ramię.

– Że zabójstwo.

– Jakie zabójstwo? – zapytałem zaskoczony. Przecież dobrze słyszałem o samobójstwie. Już chciałem o tym wspomnieć, gdy odezwał się Buba.

– Jakby nie wiatr, to by się Janek nie obwiesił – uciął. – Niejednego wicher tu wykończył. Jak tylko dmuchnie, to się u nas zaczyna dziać, uwzięło się licho na Laliki. Ale! Dość o tym! – Zamknął księgę z takim trzaskiem, że aż podskoczyłem. – No, idziemy patrzeć! – Wstał i rzuciwszy stułę na oparcie krzesła, wyszedł. Co miałem robić? Choć chciałem się dowiedzieć, jakie licho i o co chodzi z tym wiatrem, przemilczałem i podążyłem za nim.

Szliśmy prędko w stronę budowy. Co kilka kroków podbiegałem za Bubą, ponieważ z powodu ciężkiej torby nie mogłem dotrzymać mu kroku. On tymczasem nawet się na mnie nie oglądał. Gnał niemal biegiem i nie wyglądał na zmęczonego, a ja ledwo zipałem.

W końcu zdyszany do granic możliwości dotarłem do wspinających się po rusztowaniach ścian. Były gładkie jak szkło i idealnie proste. Kiwnąłem głową z uznaniem. Takiej jakości nie widziałem dawno.

– Dobrych murarzy ma ksiądz proboszcz – pochwaliłem.

– A dobrych – odpowiedział Buba nieco jakby roztargniony, albo po prostu nieskory do pogawędki.

– Równo cegła idzie, jak po sznurku – dodałem.

– A równo – mruknął ksiądz.

– I tynki niezłe. Czego domieszali, że tak się skrzy? – byłem ciekaw.

– Nie wiem.

– A majstra gdzieś znajdę?

– Nie – Buba chyba mnie nie słuchał.

– A kiedy go można spotkać?

– Następnym razem.

– Więźba solidna! – dodałem jeszcze, usilnie starając się wciągnąć księdza w rozmowę, ale on nie słuchał.

– A, tak – odparł i potrząsnął głową, jakby chciał nieco dojść do siebie. – No, to popatrzone! – zdecydował. – Idziemy – zakomenderował. Obrócił się na pięcie. Jego sutanna wydęła się na kształt tulipana. Ruszył z kopyta i zanim ja sam się ruszyłem, był już niemalże przy drzwiach plebanii. – Idzie pan czy nie? – zawołał zniecierpliwiony przystając przy nich. – Głodny jestem! – Trzasnęły drzwi i Buba zniknął.

Zrozumiałem, że nie mam co dłużej sterczeć przy budowie oraz to, że proboszcz nie zamierza pozwolić mi zbliżyć się nawet na krok do jego życiowego dzieła, jakim był kościół. Strzegł go jak gryf skarbów Apollina. Wzruszyłem ramionami. Prędzej czy później będzie musiał ze mną współpracować, jeżeli chce użytkować budynek. Pocieszony tą myślą ruszyłem do plebanii.

Bubę odnalazłem w kuchni. Coś gotował. Ze stojącego na gazie garnka wyskakiwały krople kipiącej wody i z sykiem spadały w płomienie. Ksiądz tymczasem wielkim rzeźnickim nożem kroił na romby rulon ciasta.

– Kluski śląskie. Leniwe – powiedział krótko i skinąwszy brodą w stronę stojącego na stole dzbanka, skoncentrował się na pracy.

Usiadłem i nalałem sobie kompotu z wiśni. Popijając ze smakiem przyglądałem się Bubie. Kiedy skończył krojenie, wrzucił kluski do wrzątku, a potem delikatnie zamieszał w nim durszlakiem. Był skupiony jak czarownik nad alembikiem. W garnku zabulgotało i rozszedł się zapach krochmalu. Para uleciała pod sufit i uciekła przez uchylony lufcik na rozgrzane słońcem podwórze. Uśmiechnąłem się na jej widok, bo jakaś była ładna.

Bulgotanie i ciepło zaczęło mnie usypiać. Zsunąłem się w dół siedziska krzesła i zwiesiłem ręce. Głowa latała mi na boki. Walczyłem, aby nie zasnąć.

– Ładnie tu u księdza – wymamrotałem z trudem, aby nieco się pobudzić i nie wydać gburem. Po czym znowu zapadłem w sen na jawie.

Gdy prawie opadłem na podłogę, aby zasnąć pod stołem, Buba walnął łyżką o kant garnka. Natychmiast się przebudziłem i potoczyłem wokół nieprzytomnym wzrokiem.

– Co się stało? – zapytałem bełkotliwie.

– Będzie! – odpowiedział Buba, stawiając na stole dwa pełne kopytek talerze. – Jeszcze zasmażka! – dodał i szybko podsmażył na maśle garść cukru i bułki tartej. Gorącą patelnię postawił na stole i także usiadł. – Częstuj się pan! – zachęcił i podniósł widelec.

Polałem kluski zasmażką. Pachniała jak świeżo otwarty lizak. Buba również się nią poczęstował, wyskrobując z patelni resztkę cukru i zaczęliśmy jeść. Przypomniały mi się popołudnia u babci, w Żywcu. Też robiła takie kluski.

Buba jadł szybko i po chwili jego talerz był pusty. Widząc, że zbytnio się ociągam z powodu starych wspomnień, przełknąłem ostatnie kęsy i popiłem kompotem. Ksiądz już trzaskał talerzami w zlewie.

– Ładnie dzisiaj – rzucił. – Przejdziemy się? Omówimy budowę.

– Bardzo chętnie – odpowiedziałem zaskoczony. Sądziłem, że nowy kościół jest tematem tabu.

– Pokażę panu co tu mamy – obiecał ksiądz.

– Świetnie! – ucieszyłem się. – Torbę zostawię tutaj, dobrze? – rzuciłem teczkę pod stół.

– Proszę bardzo. – Ksiądz wytarł ręce. W sutannę, a jakże. – Chodźmy!

Zdążyłem się już przyzwyczaić, że Buba natychmiast zaczyna robić to, o czym mówi. Teraz także powiedział „chodźmy” i po prostu wyszedł. Sadził długimi krokami, więc kiedy dobiegłem do furtki, on był już spory kawałek dalej. Szedł w kierunku Pochodzitej.

Nie obciążony torbą, dogoniłem Bubę bez trudu. Zrównałem się z nim i powędrowaliśmy dalej w milczeniu przez iglasty las. Rozgrzane drzewa kołysały się miarowo, jak słuchający biesiadnej muzyki ludzie. Ciepła ściółka pachniała świątecznymi uszkami. Od czasu do czasu gdzieś zawołała sójka, albo zastukał dzięcioł.

Po chwili marszu całkiem płaską drogą, zaczęliśmy się wspinać po śliskich od mchu kamieniach. Szczyt góry był coraz bliżej. Zrobiło się jeszcze bardziej stromo, więc skupiłem się na starannym wybieraniu miejsc, w których postawię stopę.

Podniosłem wzrok i zauważyłem, że ni z tego ni z owego wyrosła przed nami sterta głazów. Zdziwiłem się, ponieważ w tym miejscu oczekiwałem raczej pustej przestrzeni, okrytej kosówką czy niskimi krzewami. Skały zupełnie tu nie pasowały. Obeszliśmy je lewą stroną. Gdy wychyliłem głowę zza ostatniego głazu, zobaczyłem jeziorko. Było błękitne jak na śródziemnomorskiej pocztówce – kolor wskazywał, że musi być niezwykle głębokie.

– Dwanaście metrów – potwierdził moje przypuszczenia Buba i ściągnął ubranie. Zażenowany, odwróciłem się w stronę wsi. Tymczasem ksiądz jak gdyby nigdy nic wszedł do wody. – Pan tak nie stoi! Ochłodzimy się! – zawołał do mnie i odpłynął parskając jak słoń morski.

Uznałem, że chyba zwariował. Trochę zły usiadłem na trawie i czekałem, aż mu przejdzie. Buba tymczasem nurkował i wynurzał się, plując wodą, a potem zaczął podśpiewywać szanty. Piosenki jakoś przepędziły mój zły nastrój. Porwany potężnym głosem księdza zdjąłem ubranie i wskoczyłem do wody. Była lodowata niczym w przeręblu. Zacząłem szamotać się niczym ryba w sieci. Rzucałem rękami i nogami, aby jakoś się rozgrzać, a Buba się śmiał.

– Ceper zimna nie lubi, co? – wrzasnął i zanurkował ponownie.

Wróciłem na płyciznę i usiadłem na podwodnym kamieniu. Woda była tu nieco cieplejsza i w końcu przestałem się trząść. Wpatrywałem się w błękitną toń, a Buba figlował jak młoda foka. W końcu zmęczył się i podpłynął do mnie. Usiadł obok i zgarnął z włosów resztki wody. Miał przemoczone i posklejane rzęsy.

– I co? Zobaczyłeś to na dnie?

– Ale co? – zapytałem zdziwiony.

– Nie widzisz?

– Nie.

– To ci wszystko opowiem.

Buba położył się na plecach w płytkiej wodzie i zaczął opowiadać.

***

Kiedyś mieszkało w Lalikach pewne małżeństwo, Kopyciok na nazwisko mieli. Władek i Basia. Jego rodzice pochodzili stąd, czyli z Lalik, a jej z Radziechowów. Młodzi poznali się na zabawie w remizie i szybko pobrali, pewnego późnego lata, ona ubrana w haftowaną tu i tam w piwonie białą suknię, on obowiązkowo na czarno. Sakramentu udzielałem im ja sam.

Zamieszkali na skraju wsi, w ładnej chałupce, którą Baśka wysprzątała i prowadziła jak trzeba. Robiła też na szydełku serwetki, które potem sprzedawała jako folklor i nawet coś z tego wyciągała. Władek tymczasem zajmował się tym, czym zawsze, czyli pracował jako drwal. Nie powiem, nadawał się. Był wielki i silny niczym wół. Pierś miał szeroką, ramiona jak pniaki, a w kasztanowych włosach nosił kłębki igieł, opadających ze ścinanych sosen. Kiedyś jakiś reżyser czy inny miastowy artysta, chciał go do swojego filmu na Ondraszka brać. Ale Kopyciok nie chciał, bo wolał lasy.

Chociaż w ostępach spotkać można niejedno, w tym samego biesa, Kopyciok niczego się nie bał.

– Mnie tam nie straszny czarny, rogaty, nie boję się zjaw, duchów ani chochlików. Nigdy mnie nie napastowały i pewnikiem nie będą, bo i po co? Krzywdy im nie robię, nie drażnię, nie okradam. Będę miał spokój, do Basieńki zawsze wrócę cały i zdrów – powtarzał.

Prosiłem go, aby tak nie gadał. Miał niby prawo, niby rację też miał, bo w przeciwieństwie do innych drwali nigdy nie oberwał żadnym pniakiem czy konarem, nie zaciął się w dłoń czy nogę, ani pijany nie stoczył po stromiźnie. Ale kusił czarta. I w końcu doczekał się momentu, że ten się zirytował.

Pewnego dnia, końcem jesieni, gdy w powietrzu czuć było zapach palonych traw, Władek wybrał się na wyrąb w kierunku granicy. Ponieważ roboty miał sporo, nie pilnował czasu i tak się zagapił, że przyszło popołudnie, o tej porze roku zazwyczaj niosące nagły chłód.

Marznący Władek rozejrzał się wokół i zorientował, że czas do domu. Zaczął schodzić do miejsca, w którym zostawił traktor – cenny, jedyny jaki mieliśmy we wsi, ale pobłądził.

Zły był na siebie z tego powodu nieziemsko. Przeklinając na czym świat stoi, krążył pomiędzy nawłociami, poszukując gorączkowo drogi. Robiło się już ciemno i gdyby nie trafił na żaden znak, że zbliża się do znanych mu miejsc, musiałby nocować pod pierwszym lepszym drzewem. Kiedy powoli się z tą myślą oswajał, nadal złorzecząc aż miło, między drzewami mignęły mu ludzkie sylwetki.

– Hej! Dzień dobry! Ludzie! Hej! – zawołał uradowany Władek i pobiegł w ich kierunku. Usłyszał śmiech, a pomiędzy gałęziami znów mignęła biaława skóra. – Hej! Kto tam? – zapytał mężczyzna, przyspieszył kroku i po chwili wypadł na niewielką polanę.

Na jej środku paliło się ognisko, wysokie, ciskające iskry aż pod szczyty świerków. Wokół niego natomiast, kompletnie gołe, tańczyły cztery kobiety. Piersi miały obfite i jędrne, a pośladki i uda smakowicie krągłe, jak mi Władek mówił. Włosami zamiatały zieloną darń, kręciły się wokół jak frygi i śmiały. Kiedy zobaczyły gościa, natychmiast go obskoczyły.

– Witaj, witaj, nasz najmilszy! – zaświergotały. – Pójdź do nas, chodź, usiądź w cieple. Zjedz z nami, napij się! – szeptały, całując go i odzierając z odzieży. – Nie pożałujesz, zabawimy się z tobą aż do rana! – obiecywały, ocierając się o niego niczym kotki.

Władek, chociaż oszołomiony i podniecony, nie zamierzał dać się im uwieść. W domu czekała na niego Baśka, którą kochał nad życie. Dlatego chociaż kobiety wiły się lubieżnie i gładziły go to tu, to tam, gdzie nie powinny, oswobodził się z ich uścisków i uciekł. Przedzierał się przez las przez pół nocy, aby w końcu zapukać do mnie, wyspowiadać się ze swojej chuci, którą mu odpuściłem i pomodlić, żeby więcej Bóg go na taką pokusę nie wystawiał, bo nie zdzierży.

– Ej, tam, to nie Bóg cię zwodził pannami! – powiedziałem mu. – Nie Bóg.

– A kto? – zapytał Władek.

– Bies. To on dla ciebie orgię uszykował.

– A po co?

– Dowiedziałbyś się, jakbyś skorzystał, a tyś uciekł. I w tym sęk.

– Czemu? Chyba dobrze, że od diabła nawiałem, o co księdzu chodzi?! – zdenerwował się Kopyciok.

– Bo teraz to on nie spocznie, dopóki ci nie dopiecze. Miej się na baczności! – ostrzegłem go.

Ale Kopyciok słuchać ani myślał. Wzruszył ramionami, parsknął i poszedł do domu. Baśce o niczym nie powiedział, ani nie ostrzegł jej, że się złe wokół domu kręci, a mówiłem mu ze trzy razy, że diabeł będzie chciał mu żonę odebrać i najpewniej na nimfę gołą przerobić. Mimo to Władek Basi nie rzekł ani słowa, bo chyba zazdrości się bał. Udawał, że tak po prostu spóźnił się, co mu się czasem zdarzało i tyle.

Na gniew diabła czekać nie trzeba było długo. Dawniej zdrowa i silna Baśka podupadła na zdrowiu. Kiedy pogoda była normalna, pracowała i zajmowała się domem jak zwykle. Natomiast kiedy zaczynało wiać, cierpiała istne katusze. Gdy tylko halny zaczynał walić drzwiami od obory i tarmosić pranie na polu, dostawała nieziemskiej migreny. Leżała wtedy na kanapie czy na łóżku i dosłownie wyła z bólu. Jej głos przypominał zawodzenie złapanego w sidła wilka, a tak był donośny, że słychać kobietę było w samych Lalikach. Chodziłem do niej nie raz, nie dwa, żeby zaradzić tym bólom, ale ani woda święcona, ani kadzidło, nie pomagały. Pomóc jej mógłby może Władek, gdyby biesa w końcu jakoś przebłagał, ale on nie chciał o tym słuchać, więc Kopyciokowa cierpiała i wiła się jak rażona jakąś apopleksją czy paraliżem tak długo, aż wiatr ustał.

Nie inaczej było pewnego październikowego dnia, kiedy Władek pojechał do lasu, a zbierająca przed domem słoneczniki Baśka poczuła pierwszy podmuch. Dobrze wiedziała, co się święci i że ma dosłownie kilka minut, zanim ból głowy dopadnie ją i powali na dobre. Natychmiast rzuciła ciężkie kwiaty na ziemię. Nasiona posypały się z nich garściami w trawę, a ona pognała do domu. Nie zdejmując ubrania położyła się do łóżka w sypialni i zaczęła płakać w poduszkę, ponieważ ból rósł z godziny na godzinę.

W końcu nadszedł wieczór. Słońce utonęło w przełęczy i zapadł zmrok. Kołyszące się na wietrze gałęzie drapały w szyby – halny nadal szalał między górami. Mimo znacznego hałasu, wśród tych stuków, Baśka wyraźnie usłyszała pukanie do drzwi. Zamierzała je zignorować – głowa bolała tak, że kobieta bała się wstać, aby nie upaść, ale ono powtórzyło się. Raz i raz jeszcze. Chcąc nie chcąc, przekona, że to ktoś z sąsiadów Kopyciokowa otworzyła. Jednak w progu nie stał ani sąsiad, ani żaden drwal, ale nieznajomy. Odziany był w czarny płaszcz i podniszczony kapelusz z kogucim piórem. Zielonym. Był to oczywiście diabeł. Przybył w końcu osobiście po ofiarę.

– Pochwalony! – powiedział i skrzywił się lekko. – Można wejść, w stodole przenocować? Pogoda taka…

– Proszę – odpowiedziała Baśka stojąc w ledwo uchylonych drzwiach. Zaprosiła obcego, pomna góralskiej gościnności. Do domu jednak gościa wpuścić nie zamierzała, nauczona góralskiej ostrożności. – Za domem pan pójdzie na prawo. Ze studni wody nabrać można – powiedziała z trudem ukrywając cierpienie.

– Pani choruje? – zapytał nieznajomy. Miał ciemną skórę i czarne jak węgiel, przenikliwe oczy.

– Tak. Na głowę. Halniak… – odpowiedziała Baśka.

– Może pomogę? – zaproponował nieznajomy. W jego głosie było coś dziwnego. Jakby zaklęcie albo też obietnica tak hojna, że chora wahała się tylko przez moment.

– Proszę, pan wejdzie – powiedziała w końcu i odemknęła drzwi.

Przybysz poszedł prosto do kuchni. Tam zdjął kapelusz i wysunął zza okalającego rondo paska piórko. Obrócił je w palcach i odłożył na szafkę nocną.

– Szklankę wody – rzucił gospodyni. Kobieta natychmiast napełniła jedną i podała diabłu.

– Proszę pana, ale pan nic mi nie zrobi? – zapytała.

– Nic się nie martw. Będzie tylko lepiej – odpowiedział nieznajomy.

– Albo wie pan, co? Niech pan już jednak idzie! Jakoś będzie! – zażądała Baśka.

– Nie, nie, kochana. Kto mnie wpuścił, nie pożałuje. A teraz patrz.

Mężczyzna pstryknął palcami i nagle znikąd pojawiła się świeca. Ponowne pstryknięcie przywołało wątły płomień. Bies podniósł piórko i chuchnąwszy na nie, wsadził w ogień. Płomień przeskoczył momentalnie na delikatny puch i w oka mgnieniu piórko spłonęło, a na szafkę opadł czarny popiół. Znachor zamruczał coś do siebie, zebrał czarne płatki w stuloną dłoń i wsypał do szklanki.

– Pij! – rozkazał kobiecie, a ta posłusznie wykonała rozkaz.

Gdy przełykała ostatnią porcję, poczuła, że ból ustępuje. Gdy odstawiała szklankę, tlił się jeszcze za gałkami ocznymi, aby po chwili minąć bez śladu. Kopyciokowa była uleczona. Niepomna wcześniejszych obaw, rzuciła się oczywiście dziękować, po góralsku częstować jadłem, ale przybysz odmówił przyjęcia gościny.

– Czas mi w drogę – pożegnał się i wyszedł.

Gdy tylko wiatr zamknął za nim drzwi, kobieta poczuła w brzuchu dziwną słabość. Zawirowało jej w głowie, więc chwyciła się kredensu. Przedpokój zatańczył oberka. Czepiając się ścian, Baśka podeszła do drzwi, aby gonić znachora i prosić o pomoc, ale ten dawno już gdzieś zniknął, a ona czuła się coraz gorzej. Wnętrzności palił jej jakiś ogień. W dole brzucha czuła dziwny żar.

Postanowiła odszukać męża. Spodziewała się, że Władek będzie powoli zjeżdżał z gór, albo zostanie przeczekać wichurę tam, gdzie pracował za dnia, niedaleko. Dlatego potykając się i zataczając powędrowała przez Laliki w kierunku Pochodzitej. Byłaby pewnie przeszła przez wieś niezauważona, gdyby nie stary Pysz. Dziadek siedział przed domem i wystawiał stare kości na ciepłe powiewy, bo taki jest dziwny, że lubi wiatr. Zobaczywszy Baśkę, złapał ją za spódnicę i pociągnął na ławkę.

– A dokąd to, pani kochana? – zapytał widząc, że kobieta trzęsie się jak w febrze.

– Po męża do lasu! – wyszeptała Baśka. – Słabo mi! Gorąco mi! Pali mnie coś! – zapłakała. – Jakaś żądza straszna się we mnie gotuje! Muszę Władka znaleźć, niech i pomoże! – Zacisnęła pięści na krawędzi swetra i zasłoniła nim oczy.

– Teraz?! Przecie wieje! Zabije cię tam co! Jaka gałąź czy wiatrołom! – odparł Pysz.

– Ale ja muszę! – szarpnęła się Kopyciokowa.

– Ale co się stało?! – dopytywał dziadek, zaniepokojony jej rozbieganym spojrzeniem.

– Diabeł! Był u nas diabeł! Zatruł mnie! Biegnę! – wyrzuciła z siebie sąsiadka, a potem korzystając z elementu zaskoczenia wyrwała się Pyszowi i uciekła.

Dziadek oczywiście rzucił się za nią, ale nogi ma stare i niezdarne. Wywalił się po kilku krokach, stoczył do rowu i stracił przytomność. I leżał tam pod łopianami, aż z lasu wrócił zmęczony jak koń po Wielkiej Pardubickiej stary Kopyciok, czyli Władek. Przez całą noc, ścigany przez wiatr, przedzierał się traktorem przez zasypany wiatrołomami las, próbując ratować sprzęt. W końcu, zabezpieczywszy co cenniejsze rzeczy, przedostał się do Lalik. Wiatr już wtedy ustawał, zrobiło się nawet przyjemnie. Kopyciok myślał, że w końcu się zdrzemnie, jak tylko coś przekąsi. Ale w domu czekało rozczarowanie – nikogo tam nie było. Drwal oczywiście natychmiast przybiegł na plebanię.

– Proboszczu, Baśki nie ma! Jest u was? – zapytał jednym tchem.

– Nie, nie widziałem jej od wczoraj – odparłem i pognaliśmy z powrotem, aby dokładnie przeczesać dom.

Żony Kopycioka nie znaleźliśmy, ale znaleźliśmy starego Pysza. Wygramolił się z rowu, obsypany listowiem i oblepiony resztami mułu i wyznał, że widział ją biegnącą w stronę lasu.

– Mówił, że po ciebie leci – wyznał stary Władkowi.

Z łatwością dodaliśmy dwa do dwóch: żona i mąż musieli się minąć w młóconym przez wiatr lesie. W deszczu oderwanej od drzew kory i ostrych gałązek nienawykła do poruszania się po ostępach kobieta mogło łatwo zmylić drogę, chociaż do miejsca zwózki, na którym pracował Kopyciok nie było daleko. Gdzie była teraz? Bóg jeden wiedział.

Zacząłem walić w dzwony. Kołysały się wściekle, wołając mieszkańców na pomoc. Siła dyndającego serca wyrywała mi sznur z rąk, ale nie ustępowałem. Unosiłem się nad ziemią, wisząc na grubej linie, a dzwon dudnił nieustannie. Po chwili z chałup wylegli ludzie. Kto żyw pędził do kościoła na moje wezwanie.

Podzieliłem mieszkańców na cztery ekipy. Sam, zamieniwszy sutannę na drelichowe spodnie, dołączyłem do jednej z nich, tej, w której był też Kopyciok. Ruszyliśmy czym prędzej w góry. Wspięliśmy się idąc ławą na Pochodzitą, przeczesując gęste zarośla i wołając „Baśka! Baśka!”. Słowa ginęły gdzieś w krzakach, nie odpowiadał na nie nikt, ale nie ustawaliśmy w poszukiwaniach.

Włóczyliśmy się po górach przez trzy dni, jedząc byle co i prawie nie śpiąc. Kobieta jakby się zapadła po ziemię. Podupadałem na duchu, i ja, i reszta, ale nie dawaliśmy za wygraną. Bo to raz kogoś wcięło, nawet w środku zimy, a potem znalazł się ni z tego nie z owego? Więc zaglądaliśmy za każde drzewo, pod każdą opadłą gałąź, do jam i grot. Nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że Kopyciokowa nie żyje.

W końcu dotarliśmy w okolice kamionki, tej właśnie, w której teraz się kąpiemy.

– Idź no się nad wodą jeszcze rozejrzyj – przykazaliśmy młodszemu z braci Wiewiórów, towarzyszących nam w poszukiwaniach. Usiedliśmy na zwalonym drzewie i zaczęliśmy rozmawiać półgłosem o niczym: ja, Kopyciok i jeszcze dwóch chłopów ze wsi. Śmialiśmy się właśnie – może niezbyt stosownie przy tak poważnej sytuacji – z kłopotów Heńka z nogą, po tym jak go nadepnął jego koń, gdy znad wody dobiegł wrzask. Popatrzyliśmy po sobie i pognaliśmy nad jeziorko.

Pośrodku błękitnej toni, gładkiej i jakby śliskiej, unosiło się ciało. Niewielkie, kobiece. Postać była obrócona twarzą do dołu, jakby obserwowała dno zbiornika. Włosy falowały trącane delikatnym prądem. Sweter nadymał się niczym płaszczka. Basia. Musiała skoczyć w lodowatą głębię, aby ugasić płomienie, którymi zakaził ją zły.

Kopyciok zbladł tak, że myślałem, że naprawdę padnie nieprzytomny. Podszedłem do niego, położyłem mu dłoń na ramieniu, ale odtrącił ją brutalnie. Aż mnie zabolało.

– Nie, nie, nie, nie, nie! – zawołał i złapał się za głowę. – Muszę ją ratować! – wrzasnął jak potępieniec i rzucił się między drzewa. Złapaliśmy go jeszcze, ale wyrwał się bez trudu. Pchnął nas na skały. Poupadaliśmy jak podcięci. Miał on siłę, ten Kopyciok. – Basia! Jadę po ciebie! – wykrzyczał i dał susa w las.

Pozbieraliśmy się i wróciliśmy na pniak. Nie goniliśmy Władka, sądząc, że sam wróci, jak ochłonie. Siedzieliśmy, przybici i wyczerpani. Nie było o czym mówić. Nawet modlitwa wydawała się nie na miejscu. Nikt z nas nie chciał iść nad wodę.

Po jakiejś pół godzinie usłyszeliśmy traktor. Sądząc bo odgłosie, pojazd zbliżał się szybko. Silnik pracował z mozołem, pchając mastodonta pod górę. Wstaliśmy i wypatrywaliśmy, kto po nas jedzie.

Czerwony traktor dosłownie wyskoczył spomiędzy drzew. Ciągnął pełną drewna przyczepę. W szoferce ni to siedział, ni to stał wczepiony w kierownicę Kopyciok. Kierował się prosto na kamionkę. Uskoczyliśmy na boki, a on przemknął obok nas, zupełnie nie patrząc.

– Pomogę ci! – wołał raz po raz.

Wjechał na jeden z płaskich głazów nad wodą, o tam, popatrz, na tamten. Traktor wyskoczył w powietrze. Przeleciał wraz z przyczepą kilka metrów, po czym runął do wody. Poszedł na dno jak kamień. Przez chwilę widzieliśmy Kopycioka, jak bezgłośnie woła coś do siebie czy do nas, a potem woda zalała mu usta. Utonął wraz z maszyną. Gdy po chwili tafla uspokoiła się, ciało kobiety opadło na dno i osiadło na traktorze, przytulone do ciała mężczyzny.

Przysięgam, że wtedy wśród drzew coś zarechotało. Przestraszeni rozpierzchliśmy się po lesie niczym ścigane przez pustułkę przepiórki. Pojedynczo wracaliśmy jak błędni do wsi. Ja przyszedłem ostatni. Przez wiele godzin krążyłem wokół jeziorka, pomstując na los i myśląc, jak mogłem być tak lekkomyślny i nie zapobiec tragedii, której się spodziewałem.

Ciała Władka i Basi w końcu wypłynęły. Wtedy pochowałem ich za plebanią. Kilka miesięcy później kolejny wiatr przewrócił ich chałupę i rozniósł jej resztki po szczytach i przełęczach. Fundament zapadł się pod ziemię. Pole porosło chwastami. I tak się skończyła ta straszna historia.

***

Wyskoczyłem z wody jak rak z wrzątku. Dygocząc bardziej z przerażenia niż z zimna, wytarłem się kępami suchej trawy i ubrałem. Buba tymczasem leniwie przewalał się przy brzegu. Nie rozumiałem, jak on tak może, po prostu kąpać się w tym przeklętym miejscu. „Znieczulica!” pomstowałem w duchu.

– Chodźmy! Muszę wracać! – zakomenderowałem w końcu, odnalazłszy buty.

– Ale dokąd się tobie tak spieszy? – Buba bez pośpiechu dźwignął się z wody.

– Pekaes mi odjedzie.

– Spokojnie. Zdążymy. Wyschnąć muszę.

Zarzucił sutannę, położył się na trawie i zamknął oczy. Wydawało mi się, że śpi. Po jego brzuchu wędrowały dwie mrówki. Przez chwilę miotałem się od brzegu do drzew, aby w końcu usiąść obok niego. Nie znałem zbyt dobrze drogi na dół, a poza tym przeklęty Buba nastraszył mnie tak, że bałem się iść sam. Musiałem więc czekać, aż wstanie, pocieszając się wyzywaniem go w myślach od najgorszych.

W końcu postanowił wracać. Podniósł się, wsunął stopy w trampki i uśmiechnął do mnie, a ja się skrzywiłem. Chyba tego nie zauważył, bo coś tam do mnie zagadał i ruszyliśmy powoli na dół. Było późno jak cholera. Słońce już prawie zaszło i marzłem w chłodzie wieczoru.

Na plebanii prędko wypełniłem księgę budowy, nie dbając o szczegóły. Zamknąwszy ją, czym prędzej popędziłem na autobus. Przyjechał dymiąc na czarno, nieco spóźniony. Nigdy nie cieszyłem się bardziej na widok pekaesu. Wsiadłem zadowolony, pojazd ruszył i w tym momencie poczułem wiatr.

Szarpnął mocno trawą. Przygiął drzewom karki do ziemi, a potem znienacka rzucił się na autobus. Uderzył w szyby, aż zagrzechotały i cisnął piachem o karoserię.

– Cholerny świat! – zaklął głośno kierowca. – Nie zatrzymam się teraz, bo nas na dół zwali po zboczu! – zdecydował i dodał gazu, aby uciec z przełęczy.

Wiatr dogonił nas bez trudu. Zafundował pekaesowi prawy prosty w przednią szybę, a potem oderwał lewe lusterko. Przeleciał pod spód i uderzył w podwozie, unosząc autobus do góry. Pojazd stanął na dwóch kołach. Złapałem się siedzenia i zacząłem modlić o ratunek. Kierowca znowu dodał gazu, starając się jak najszybciej pędzić niżej i niżej.

Podjął dobrą decyzję. Gdy na wpół zjechaliśmy, na wpół zsunęliśmy się ze wzniesienia, halny ustąpił. Zapadła złowieszcza cisza. „Ten wiatr mnie dorwie! Czekał na mnie, jasna cholera!” pomyślałem i już do samych Katowic siedziałem wyprostowany jak struna.

Kiedy zobaczyłem znajome bloki i ulice, ochłonąłem. Miasto uspokoiło mnie i zacząłem się z siebie śmiać. Jak Buba mógł wiedzieć o czarach diabelskich? Przecież nie był u Kopycioków, kiedy rzekomo nawiedził ich diabeł! Skąd znał tyle szczegółów? Proste! Kłamał! W końcu uznałem całą opowieść za góralskie bajanie. Buba pewnie planował nastraszyć mnie tak bardzo, abym nie wrócił na budowę. „O, niedoczekanie twoje!” pomyślałem, zły na siebie o napad paniki. I postanowiłem, że Lalikom nie odpuszczę.

Niespełna miesiąc później musiałem wrócić na budowę. Przyjechałem wczesnym, jesiennym rankiem, gdy leniwe mgły wstawały leniwie znad łąk. Ulatywały w niebo, zadymiając słońce.

Księdza Bubę spotkałem w sadzie na tyłach plebanii. Brodził wśród opadłych z drzew renet. Leżące jedne obok drugich jabłka przypominały kocie łby. Buba krążył nad nimi zgarbiony. Zbierał po kilka do każdej ręki i wrzucał do koszy.

– Wiało – powiedział krótko, kiedy się zbliżyłem, a potem westchnął prostując się trudem. – Wszystko w sadzie wytłukło. Usiądziemy?

Zgodziłem się i usiedliśmy na ciepłej trawie. Pod udem znalazłem dojrzałą renetę. Wgryzłem się w nią pożądliwie – smakowała wybornie i słodko. Rozkoszowałem się chrupiącym owocem, a Buba jak to Buba zaczął opowiadać.

***

Ten halny to działa nie tylko na ludzi. Na zwierzęta też. Powiem ci byli u nas dwa lata temu tacy jedni. Przyjechali ze Śląska. Bronclikowie im było. Gór im się zachciało, jak to miastowym. Nie mieszkali tu na stałe. Od czasu do czasu pojawiali się załadowanym po dach samochodem, aby piec w żarze pieczonki, pić jakieś swoje wynalazki i klachać po śląsku. Denerwowali wszystkich, ale skoro w Lalikach mieszkali, to nasi. Musieliśmy ich ścierpieć.

Pewnego razu przybłąkał się do nich pies, wielki niczym koń i czarny jak smoła. Jestem pewien, że zwierz miał coś z wilków, które włóczą się wokół wsi zimą. Sierść miał szczeciniastą, a jego ślepia mamiły złotym lśnieniem. Mówię ci, wilk jak nic. Ewentualnie mógł być jakiś magiczny czy coś. Nazwali go Karino.

Karino, chociaż wyglądał na stworzonego do zabijania, był niezwykle spokojny. Nigdy nie szczekał, nigdy nie atakował, nigdy nawet nie mrugnął okiem na łażący po Lalikach drób. Łasił się do każdego i uwielbiał obżerać maliny. Tak długo łaził za Bronclikami, tak się przymilał, aż go przygarnęli. I odtąd jeździł w tę i nazad razem z nimi.

Pewnego dnia, gdy Broncliki zabierały się właśnie za swoje grillowanie, zerwał się wiatr. Cepry spojrzały trwożliwie w niebo, piszcząc zebrały swoje sałaty i flaszki, a potem pobiegły do domu. Na podwórku został tylko ich trzyletni syn pod opieką Karina, który małego bawił od zawsze i pozwalał mu na wszystko.

Nie tym razem jednak. Kiedy tylko dorośli zniknęli w budynku, pies zjeżył się niczym podpięty do prądu. Wyprężył ogon, wyszczerzył kły i bez ostrzeżenia rzucił się na dziecko. Zaczął je dotkliwie kąsać, drąc ubranie i rozrywając delikatną skórę. Maluch oczywiście uderzył w bek. Wtedy na pomoc przybiegła matka. Bezmyślnie, gnana miłością, podbiegła do wściekłego psa i wskoczyła Karinowi na grzbiet.

Pies był silny i zwinny. Wywinął się niczym piskorz, przewrócił Bronclikową na ziemię i zaczął gryźć z kolei ją, na moment puściwszy małego, który usiadł na pupie w trawie i krzyczał dalej jak ze skóry obdzierany. Wtedy z domu wybiegł Bronclik i zobaczył coś, co się mu nie mieściło w głowie.

Zwierzak nie zaatakował, żeby zabić i już. Gryzł tak, jakby chciał kobietę pożreć żywcem. Starannie patrzył, wybierał miejsce, a potem wyrywał kawałki mięsa z ramion czy z gdzie tam mu się spodobały, podrzucał w górę i połykał, dławiąc się krwią. Kłapał i oblizywał się. Gdy tylko Bronclik próbował się zbliżyć, Karino rzucał się na powrót do dziecka, jakby grożąc „Zabiję, jak podejdziesz”. Jego ślepia przypominały żagwie.

Krzyki Ślązaków usłyszałem aż w swojej kancelarii. Sądziłem, że to jakaś ich nowa zabawa, jednak po chwili dotarło do mnie, jak straszliwy ból słychać w każdym słowie. Zerwałem się z krzesła i pobiegłem w kierunku Bronclikowej siedziby. Już z daleka dostrzegłem, co się tam dzieje. Mówię ci, krew, wszędzie krew. Dlatego nie przystając minąłem ich obejście i pognałem do dziadka Pysza, który jak zwykle siedział przed swoim domem.

– Dziadek, bierz strzelbę, prędko! – huknąłem na niego, bo jest już nieco głuchy, a poza tym byłem rozdygotany.

Pysz bez słowa podniósł broń. Kiedyś był myśliwym i nawet teraz, mając lat ponad dziewięćdziesiąt, bardzo lubił od czasu do czasu coś ukatrupić. Sądząc, że nadarza się ku temu okazja, pokuśtykał za mną. Gdy tylko wyszliśmy zza płotu, halny zerwał mu z głowy czapkę.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, podwórko Bronclików wyglądało niczym rzeźnia. Pogryziona kobieta leżała nieruchomo twarzą do dołu i wydawała z siebie pojedyncze jęki. Karino siedział obok niej, od czasu do czasu pochylając łeb i odrywając kawałek. Zajadał mięso nie spuszczając z oka małego zakładnika. Chłopiec płakał cicho i prosił o pomoc. Ojciec rodziny tkwił jak wmurowany pod ścianą domu. Starał się nie oddychać, bo każdy ruch oznaczał basowe warknięcie Karina.

– Załatw to stąd – rozkazałem dziadkowi, a on skinął głową. Powoli zdjął z ramienia broń, odbezpieczył i złożył się do strzału. Przez chwilę stał jak posąg i nawet nie zauważyłem, kiedy pociągnął za cyngiel.

Huknęła dwururka. Potem wszystko zaczęło dziać się niemal jednocześnie. Dziadek padł w kurz drogi, popchnięty odrzutem. Głowa Karino eksplodowała, pryskając na dziecko, matkę i ojca. Matka obróciła się na plecy. Dziecko przypadło do niej z krzykiem i zaczęło szarpać za ręce, prosząc aby wstała. Ojciec zwymiotował na grządkę szałwii, a ja zamarłem, ogłuszony wystrzałem i nagłą ulgą, że ta straszna rzeź się skończyła. Wielkie cielsko Karina osunęło się tymczasem z sykiem na ziemię.

Broncliki wyjechały jeszcze tego samego dnia, opatrzywszy jako tako z moją pomocą rany. Kilka tygodni później przysłali agenta. Chłopak posprzątał dom i sprzedał go za bezcen jakiemuś zagranicznemu kolekcjonerowi horrorów. Na szczęście amator grozy nigdy się w Lalikach nie pojawił. Ciało Karina wyrzuciliśmy do rzeki. Chlupnęło i zatonęło.

***

Gdy tylko ksiądz skończył opowiadać, zerwał się wiatr. Przybył znikąd, nieproszony i zaskakujący. Załomotał między szczytami, zagrzechotał łysymi gałęziami jabłoni i runął nisko nad ziemię, aby tarmosić perz, a potem uciec nad wieś.

– Diabeł na wietrze przyjechał – mruknął Buba i wstał. – Coś się stanie, coś się wydarzy – przepowiedział, zebrał z dłoni sutannę i pobiegł w stronę kościoła.

Zdziwiony jego zachowaniem, podążyłem za nim. Łudziłem się, że to historia o psie wyprowadziła księdza z równowagi i za chwilę ojczulek odzyska swój zwykły, jowialny nastrój. Nadzieje te okazały się płonne. Gdy tylko doszliśmy do plebanii, od strony wsi z tupotem nadbiegli dwaj rozgorączkowani miejscowi.

– Ksiądz siada w malucha i jedziemy na most! – zawołali i natychmiast wsiedli do stojącego w swoim zwykłym miejscu malucha. Zajęli miejsca i złapali się zagłówków, szykując się na szybką jazdę.

Buba wskoczył za kierownicę, ja na siedzenie pasażera.

– Co jest? – zapytał pasażerów. – Czego latacie z krzykiem? Gadać! – rozkazał surowo.

– Bo Szalbot się z Fajferkiem bije na moście!

– I co w tym dziwnego? Wypili, to się biją.

– Ale nie pili!

– Tak, tak, nikt tu z was nie pije! – żachnął się ksiądz.

– Ale nie pili! – miejscowi jak jeden mąż uderzyli się w pierś, aby podkreślić, że nie kłamią.

– Pili, czy nie, w czym problem? Wezmą się potarmoszą i przestaną.

– No, chyba raczej nie przestaną tak normalnie.

– A czemu?

– A… Bo Szalbot ma nóż i grozi, że Fajferka zabije. Chyba go znowu diabeł opętał… My się boimy, że on to zrobi, jak amen w pacierzu. Wściekły jest i nic nie słucha. Nic! Ganiali się po całych Lalikach, aż dopadł sąsiada, obalił i mówi, że zarżnie jak wieprzka!

– O cholera! – zaklął słysząc tę rewelację Buba i natychmiast odpalił fiata. Wrzucił jedynkę i ruszył gwałtownie, a maluch wydał z siebie agonalny jęk.

Pognaliśmy w stronę mostu. Łączył on brzegi głębokiego wąwozu, rozwierającego się zaraz za wsią. Nie było daleko, ale zawsze autem szybciej, zwłaszcza, że Buba malucha nie oszczędzał. Dlatego dosłownie minutę później zobaczyłem most, a na nim spory tłumek. Od strony Lalik nadciągali też kolejni widzowie. My byliśmy jednak szybsi. Wyprzedziliśmy sporą grupkę miejscowych i dotarliśmy na miejsce jako pierwsi.

Nie gasząc silnika, Buba wysiadł z malucha. Skoczył w tłum a wśród ludzi zawrzało.

– Proszę księdza! On zwariował! Nie, nie on! Wiater, wiater go opętał! Niech ksiądz przegoni złe, co w nim siedzi! – gadali ludzie jeden przez drugiego.

Buba podszedł do Szalbota i Fajferka. Ten drugi leżał na wznak i starał się nie rzucać w oczy, ten pierwszy siedział mu okrakiem na piersi i przykładał nóż do krtani. Dla mnie był to widok tak wstrząsający, że zadygotały mi kolana, ksiądz jednak nie wydawał się poruszony.

– Puść go – rozkazał Szalbotowi.

– Mowy nie ma – odparł góral.

– Puść, pókim miły. Potem pożałujesz! – pogroził Buba.

– Nie.

– Człowieku… – powiedział cicho ksiądz. – Opamiętaj się! W imię Ojca i Syna. Niewinnego zamordujesz?

– Jak on niewinny!? – zaśmiał się Szalbot. – Wiecznie mi jego krowa idzie w szkodę! A zadośćuczynienia jak nie widziałem, tak nie widziałem! – Mężczyzna łypnął przekrwionymi oczami.

– Aha – Buba wydawał się usatysfakcjonowany tym wyjaśnieniem. – Czyli jasne. Winien. Zabij go więc.

– Zabić?

– Aha.

– Serio?

– No, sam przecież mówisz, że trzeba.

– Ale mogę?

– Wszystko możesz. Masz wolną wolę.

– To wie ksiądz co? To ja lepiej zabiję siebie! – Szalbot skoczył na równe nogi, odbiegł dwa kroki w kierunku barierki i przyłożył nóż do własnego gardła.

Tłum syknął i zamilkł. Przerażone kobiety pozasłaniały dłońmi usta, a dzieci okryły spódnicami, aby nie patrzyły. Mężczyźni czekali, co w tej sytuacji wymyśli Buba. Prawdę mówiąc ja też czekałem, wpatrując się w drżącą rękę Szalbota.

Proboszcz spojrzał na swoje stopy, a potem powoli wyciągnął z kieszeni różaniec. Pocałował krzyżyk i zacisnął na nim dłoń. Wtedy zauważyłem, że oprócz niego na różańcu wisi coś przypominającego medalion. Mignął, błysnął na złoto i zniknął między palcami księdza. Nie przyjrzałem się mu dokładnie i nie pytałem, co to, ponieważ Buba przemówił.

– W imię Matki – zaczął – zaklinam cię, abyś porzucił swój zamiar, synu! – poprosił. Kolejne podmuchy wydymały jego sutannę. – Nie zasługujesz na śmierć, ani ty, ani nikt, na kogo czas nie przyszedł. Zły chce namieszać. Zły cię prowadzi. Nie słuchaj go! Zaklinam cię, nie słuchaj! – wykrzyknął z mocą.

Chyba ten krzyk właśnie podziałał na Szalbota. Mężczyzna zachwiał się, potarł wolną dłonią policzki, a potem wypuścił nóż. Natychmiast przyskoczyło do niego dwóch miejscowych. Jeden kopnął narzędzie zbrodni, zrzucając je w głąb dolinki, a drugi wykręcił szaleńcowi ręce i pchnął go na barierę.

– Spokojnie sąsiedzie – pocieszył. – To dla waszego dobra.

Buba odetchnął i zwinął różaniec w kłębek. Zauważyłem, że zacisnął dłoń na medalionie i dwa razy nią potrząsnął, niczym przy powitaniu. Poza mną nie spostrzegł tego chyba nikt. Tłum patrzył zadziwiony na spokojnego niczym baranek Szalbota. Jeden czy drugi próbowali bić brawo.

– Który ma wódkę? – rzucił ksiądz w tłum.

– Ja mam! – odpowiedział gorliwie młody Wójcicki i podał księdzu flaszkę.

– Pij! – rozkazał Buba Szalbotowi przekazując mu gorzałkę. Gdy ten przyłożył butelkę do ust, przytrzymał w górze denko. Szalbot wypił kilka sporych łyków, gorzkich aż go otrzepało.

– Kociniak! – zawołał Buba do koniarza z Lalik. – Weź go! – Machnął dłonią mniej więcej w stronę Szalbota. – Zaprowadź do Lalik. Przywiąż u siebie do czereśni. Byle mocno. Ja pana inżyniera na autobus odwiozę i jak wrócę, zajmę się nim. No, idźcie! – ponaglił gapiących się na niego parafian i odwrócił się do mnie. – Wskakuj do auta! – rzucił. W jego głosie usłyszałem strach. Natychmiast więc wskoczyłem na siedzenie, przy okazji uderzając się z całej siły w piszczel o próg. Zakląłem szpetnie pod nosem.

– Ale o co chodzi? – zapytałem ze złością księdza, który wskoczył za kierownicę. Wiatr rąbnął drzwiami auta. Podskoczyłem na siedzeniu.

– Szuka ofiary! – mruknął Buba na odczepnego, poprawiając sutannę.

– Że co? – wrzasnąłem przerażony. – Czego szuka?!

– Ofiary!

– Kto szuka?!

– Wiatr.

– Czemu? Co się tu do cholery dzieje?! – Aż zgrzytnąłem zębami z irytacji.

– Złego wiatr przygnał. No i bies chciał kogoś do śmierci doprowadzić. A że się nie udało ani z Fajferkiem, ani z Szalbotem, zaatakuje kolejnego.

– Kogo?

– No, ciebie.

– Mnie?!

– Aha.

– Bzdura.

– Nie sądzę. – Maluch zadygotał pchnięty podmuchem, jakby wiatr chciał podkreślić, ze Buba nie kłamie.

– Czemu ja?!

– Boś najsłabszy. Uciekamy! Musisz stąd uciekać! – Buba wrzucił w fiacie jedynkę, obrócił go niemalże w miejscu, runął drogą w dół zbocza i zaczął śpiewać swoim niezrównanym głosem. – Gdy w godzinę złą wiatr powieje prosto w dom, mój dom na skale będzie stać!

Widząc, że umykamy, wiatr oszalał. Uderzył w przednią szybę i urwał wycieraczki. Sypał pyłem i liśćmi łopianów. Kolebał maluchem na wszystkie strony, próbując go wywrócić. Ale Buba nie ustępował. Wyciągał szyję niczym pikujący jastrząb, zaciskał ręce na kierownicy i jakoś trzymał się trasy. Wypadł na moment na pobocze. O podwozie zagrzechotały kamienie. Zacisnąłem dłoń na klamce, obawiając się, że wyrwę ją z nerwów ze steranych drzwi i wstrzymałem oddech. I w tym momencie zgasł silnik, wiatr ustał i zrobiło się nawet cicho.

– He, he – zaśmiałem się głupawo. – Udało się! – ucieszyłem się, a Buba pokręcił głową.

– Najgorsze przed nami – powiedział posępnie.

Niestety miał rację. Nie napotykający oporu powietrza maluch przyspieszył. W tym miejscu stromizna była znaczna, więc w kilka sekund rozwinął solidną prędkość. Zagwizdały mijane drzewa. Samochód jechał coraz szybciej i szybciej. I wtedy poczułem coś jeszcze. Ostateczne uderzenie: wiatr zaczął wiać nam w plecy.

Fiacik popędził z góry z prędkością spokojnie przekraczającą setkę. Krajobraz po bokach zlał się w jedną plamę. Przez chwilę rozważałem wyskoczenie na pobocze, ale uznałem, że to pewna śmierć. Wbiłem palce w siedzenie. Rozlatująca się karoseria trzeszczała. Zacząłem krzyczeć, a Buba zaśpiewał rozdzierającym głosem:

– Pod Twą obronę, Ojcze na niebie, grono Twych dzieci swój powierza los. Ty nam błogosław, ratuj w potrzebie i broń od zguby, gdy zagraża cios! Czy toń spokojna, czy huczą fale, gdy Ty Twe dzieci w swej opiece masz. Wznosimy modły, dziś ku Twej chwale, boś Ty nam tarczą, Boże Ojcze nasz!

Wskazówka prędkościomierza oparła się o ogranicznik – górny oczywiście. Samochód zbliżał się niczym rakieta do przystanku. Buba nadal mniej więcej nim kierował i szykował się do próby zatrzymania w zatoce dla pekaesów. Na moment przestałem się drzeć. Wtedy z polnej drogi po prawej stronie wyłoniła się ciężarówka.

Pomiędzy szeroko rozstawionymi kołami naczepy przerzucone były okorowane pniaki. Lśniły niczym naoliwiona skóra. Pod nimi było może ze dwa metry miejsca. Może. Ksiądz wdepnął hamulec, ale maluch nie zwolnił. Gnaliśmy wprost na drewno. Buba nie przestawał śpiewać i wachlować biegami. Ja zamilkłem i czekałem na litościwą śmierć, wgapiając się z rosnącą ciężarówkę. Ze stuporu wyrwał mnie krzyk księdza.

– Głowa na dół! – rzucił Buba. Bez zastanowienia pochyliłem się do podłogi. Ksiądz zjechał w dół siedzenia. Usłyszałem krótki chrobot, krótki, ale przerażająco głośny. A potem Buba zaciągnął ręczny. Maluch zakręcił się dwa razy wokół własnej osi i stanął. Przejechaliśmy pod stertą drewna bez szwanku.

Wysiadłem z auta, czując, jakbym miał nogi z budyniu. Ledwo dałem radę zatrzasnąć drzwiczki.

– Co to było? – zapytałem szeptem.

– Wiatr.

– Taki?! Taki?! Co to ma znaczyć?! – zażądałem wyjaśnień.

– Tak to u nas jest – Buba wzruszył ramionami i też wysiadł. – Wiatr uwziął się na Laliki. Czemu? A kto to wie? Złe nie postępuje logicznie. Tak czy siak jak nie zrobi tam zamieszania, to szału dostaje. Jak sobie zaplanuje pożar czy ulewę, będzie lało. Jak porwać kogoś zechce, to go w góry powiedzie. Jak zbiory zniszczyć trzeba, nie spocznie. Jak sobie umyśli, że pozabija ludzi, to kogoś zabić musi. Ale nie tym razem! – Buba rzucił w górę wściekłe spojrzenie. Wiatr dmuchnął pogardliwie i zamilkł, uznając, że przegrał potyczkę.

– A co z Szalbotem? – wyjąkałem chrapliwie

– Co ma być? Nic.

– To ten, co mu się syn powiesił? – zapytałem, kojarząc mężczyznę z mojego pierwszego pobytu w Lalikach.

– Ten sam. Czy to z tęsknoty za Jankiem taki nerwowy czy tak po prostu, od wiatru, co chwilę z nim mam kłopoty – Buba potarł czoło. – Taki widać jego los, że męczyć chłop się musi.

– A jakieś egzorcyzmy czy co? – podpowiedziałem. Ksiądz machnął ręką.

– A, tam. Postoi przy drzewie, to mu przejdzie. Żaden diabeł nie wytrzyma takiej nudy. Kociniak za żadne skarby świata go nie odwiąże. Do jutra miejscowi zapomną. – Tymczasem! – rzucił nagle ksiądz, wskoczył do auta i odjechał.

Stałem patrząc za nim i zastanawiałem się, czy mam ochotę jeszcze tu przyjeżdżać.

Ochota ochotą, do Lalik pojechać musiałem. Budowa wymagała podsumowania i wypełnienia papierów dla straży pożarnej. Tego Buba nie mógł sam załatwić. Spakowałem więc jakieś dziesięć kilo papierów i wskoczyłem w autobus.

Gdy dotarłem na miejsce, dzwon kiwał się na wietrze. Podmuchy nie były zbyt gwałtowne. Wietrzysko dopiero zbierało siły, aby zdmuchnąć ludzi z gór. Czaiło się pośród przełęczy i wyczekiwało dogodnego momentu, zadowalając się chwilowo dokuczaniem krowom na łąkach.

Siedliśmy z Bubą w kancelarii i zagłębiliśmy się w papierach. Właśnie przeglądaliśmy wpisy w dzienniku, gdy zapadła głęboka cisza: zamilkły ptaki, owady, przestały szumieć trawy.

– Co jest? – mruknął Buba i już miał podejść do okna, gdy zerwał się wiatr.

Eksplodował nagle. Rzucił się na wieś bez ostrzeżenia, zwalając drzewa i ciskając gałęziami w ludzi. Miejscowi, osłaniając głowy ramionami, gnali do domów, aby ukryć się przed bombardowaniem. Wiatr ryczał jak wściekły tygrys. W powietrzu fruwał dobytek, wiatrołomy, czyjeś pranie, miotła, dosłownie wszystko, co nie było albo ciężkie, albo mocno przytwierdzone do podłoża.

– Oj, źle to widzę! – przepowiedział Buba, jednak wbrew jego obawom nie stało się nic. Tak samo nagle, jak zaczął, tak samo nagle wiatr przestał wiać.

– No i po wszystkim! – ucieszyłem się trochę głupkowato. Buba spojrzał na mnie jak na dziecko. Pokręcił z politowaniem głową.

– Nie sądzę. Spójrz na drogę – skinął w kierunku okna.

Spojrzałem. Zatkało mnie. Wiodący do Lalik podjazd był całkowicie zawalony porwanymi przez wichurę śmieciami.

– No, dzisiaj to Zbyszku nigdzie nie pojedziesz – wzruszył ramionami Buba. – Pewnie nasz stary przyjaciel szykuje jakieś przedstawienie na wieczór. Chce cię mieć wśród publiczności! – zaśmiał się. – Nic, posprzątamy trochę, a potem prześpisz się u mnie. Wyjścia nie ma.

Wraz z resztą mieszkańców trochę odgruzowaliśmy wieś – robiło się już ciemno. Potem, po wspólnej z Bubą kolacji poszedłem do pokoju gościnnego. Znajdował się on na pierwszym piętrze, nad kancelarią. Było to skromne pomieszczenie, wyposażone w wąskie łóżko i szafkę nocną. Na szafce leżała Biblia. W kącie znalazłem miskę i dzbanek, w którym przyniosłem wody ze studni. Ochlapałem się nieco i położyłem spać w pachnącej sianem pościeli. Zadowolony przymknąłem oczy i przyglądałem się pełzającym po szarych ścianach ścieżkom księżycowego światła. Panowała kompletna cisza. Smużki falowały kojąco. Zamknąłem powieki na dobre i westchnąłem z lubością. Byłem wykończony ściąganiem drewna z drogi i potrzebowałem solidnej dawki snu.

Jak na złość właśnie wtedy zaczęło dmuchać. Początkowo delikatnie, uwodzicielsko, jakby żywioł chciał mnie przeprosić za popołudniowe zamieszanie i uśpić. „Może być” pomyślałem, przykrywając dokładniej plecy. Jednak za moment halny nieco się rozsierdził. Najpierw zaszurał na podwórku stalowym wiadrem, a potem zawył między topolami. Widząc, że nie reaguję, szarpnął okiennice, raz, potem drugi. Przykryłem głowę. Wtedy porwał kawał blachy falistej i cisnął nim o ścianę tak mocno, że zadygotała.

Tego było już za wiele. Wyskoczyłem spod kołdry i otworzyłem okno, do którego się wcześniej dobijał.

– Czego? Czego chcesz? Odejdź! Jest noc do cholery! – wrzasnąłem, ale wiatr oczywiście nie posłuchał. Dął i dął, hałasując niemiłosiernie. Rzuciłem się bezsilny z powrotem na łóżko. O spaniu nie było mowy. Wściekły przewracałem się z boku na bok, gdy pośród jęków i syków usłyszałem wyraźne wołanie. Głos dochodził z kaplicy. Słyszałem go, ale nie potrafiłem rozróżnić słów. Usiadłem na łóżku. Głos zawołał ponownie.

– Do mnie, do mnie! – mówił chyba. „Co się tam dzieje?” zastanowiłem się. „Pułapka?”. Jednak głos wołał dalej, coraz natarczywiej. Po chwili wahania wstałem i postanowiłem przedrzeć się do kościoła.

Naciągnąłem dżinsy i ostrożnie otworzyłem drzwi pokoju. Z kratek wentylacyjnych buchnęła na mnie sadza. Jej kłęby przypominały tańczące diabły. Krzyknąłem, ale nie cofnąłem się, uznawszy, że to tanie efekciarstwo – nie groziło mi przecież nic. Powoli przeszedłem do schodów.

Zsunąłem się po nich bezszelestnie i przyłożyłem ucho do drzwi. Na zewnątrz szalał wiatr. Westchnąłem.

– Trzeba iść – nakazałem sobie i wyskoczyłem na podwórko.

Wiatr natychmiast zwalił mnie z nóg. Obróciłem się na brzuch i chwyciłem rzadkiej trawy, aby nie odlecieć. Podciągnąłem kolana i na czworakach ruszyłem przez podwórko.

– Pomóż, pomóż! – dobiegało mnie słabe wołanie.

Byłem pewien, że to Buba, którego nigdzie nie spotkałem. Brnąłem mozolnie, a chłodna ziemia lepiła się do moich kolan. Wiatr atakował z każdej strony, ale nie zatrzymywałem się. W końcu, nie wiem po jakim czasie, dotarłem na miejsce. Wspiąłem się po drzwiach kościoła i stanąłem na nogi. Nacisnąłem klamkę i niemalże wpadłem do środka, pchany podmuchami. Za mną masywne drzwi zatrzasnęły się, jakby pociągnięte sznurem i zapadła kompletna cisza.

Zatoczyłem się na środek nowej kaplicy, którą sam pomogłem postawić. Z witraży spoglądały na mnie twarze świętych. Przyjemne za dnia postacie teraz zdawały się ze mnie naigrywać.

– Księże proboszczu! – zawołałem. Echo poniosło mój głos. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza. Święci patrzyli, jakby zrobili mi dobry żart.

Już miałem zacząć się z siebie śmiać, z siebie i własnej głupoty, gdy podmuch o sile tornada uderzył od południa. Walnął pięścią w witraże, które rozpadły się na setki kawałków i obsypały mnie brokatowym pyłem. Na szczęście przytomnie zamknąłem oczy, bo byłbym oślepł. Zabolało. Zapiekło. Poczułem, że z nie osłoniętych ubraniem części ciała płynie krew. Odłamki szkła zadzwoniły o posadzkę. Ucichło. Spojrzałem z ociąganiem na swoje ramiona.

– Miazga! – orzekłem, czując, że mi słabo. Przypominały jeża. Zasłoniłem nimi twarz, przyjęły więc deszcz odłamków.

Przechyliłem głowę na ramię i zacząłem nasłuchiwać. Byłem pewien, że to nie koniec. Nie myliłem się. Wiatr na paluszkach obszedł kościół i uderzył od północy, w witraże ze Świętą Rodziną. Huknęło pękające szkło. Bryznęło na wszystkie strony. Upadłem na podłogę i poczołgałem się w kierunku ołtarza, szukając schronienia, deski, kawałka kartonu, którym mógłbym się okryć. Jednak w pustej kaplicy nie było nawet jednej ławki. Wiatr tymczasem powędrował na wschód, do kolejnego rzędu okien. Zamierzał chyba pogrzebać mnie żywcem pod szkłem. Albo poczekać, aż się wykrwawię. Bałem się. „Boże, Boże, pomóż mi” zacząłem się modlić w duchu. I wtedy usłyszałem głos Buby.

– Kto się w opiekę odda Panu swemu, a całym sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może: mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga! – Ksiądz brnął z chrzęstem przez połamane witraże. Za sobą wlókł worek pełen kartonów i desek. – Wstawaj chłopcze! Ratujmy front! – zawołał, a ja poczułem, że muszę walczyć z halnym, bo jak będę leżał i biadolił, to wiatr jak nic mnie wykończy.

Uratowaliśmy tylko dwa witraże. Zasłoniliśmy je kartonami i deskami. Wiatr atakował, próbował, ale nie zdołał ich zniszczyć. Nie mógł też nic zrobić nam. Umordowani i brudni przez całą noc śpiewaliśmy kościelne hymny, raz po raz umacniając nasz szaniec, a wiatr pieklił się, awanturował i pomstował, aby nad ranem odejść.

Spaliśmy do południa. Dopiero wtedy Buba ściągnął mnie z łóżka i nakarmił usmażonym na przypalonym maśle jajkiem. Smakowało fantastycznie, choć nieco śmierdziało.

Po śniadaniu jako tako opatrzyliśmy rany. Tymczasem miejscowi wzięli się za sprzątanie wyglądającej niczym pobojowisko wsi i kaplicy. Ja dokończyłem wypełniać co trzeba, podpisałem papiery i zacząłem się zbierać.

Buba odprowadził mnie do granicy Lalik.

– Do widzenia Zbyszku! – powiedział i objął mnie ramionami. – Dziękuję ci za pomoc. Masz wielki dar chłopcze. Wiatr czuje przed tobą respekt, ot co. Wcześniej chciał cię atakować, myśląc, żeś słaby, dziś przed tobą ustępuje, a nie każdy potrafi go przegonić… Tak czy owak musisz dorosnąć do tej odpowiedzialności… – dokończył, a ja nie wiedziałem co odpowiedzieć, ani co to dokładnie oznacza.

Kiwnąłem Bubie ręką i zacząłem schodzić zasypaną igłami drogą, przeskakując pnie. Patrzyłem na góry. Wyglądały niewinnie, z tymi puszystymi sosnami i miękkimi bukami. „Co tam mieszka? Czego chce od nas wiatr?” pytałem samego siebie i szedłem w dół.

W Lalikach pojawiłem się ponownie po miesiącu. Trawę oprószył pierwszy przymrozek. Chrzęściła pod stopami. Powietrze zgęstniało, jakby chciało otulić góry. Na drzewach brakowało liści, a przed kościołem nie było już malw. Nie było też malucha. Niezrażony tym, że Buba być może jest nieobecny, skierowałem się prosto do kancelarii. „Najwyżej poczekam” uznałem.

Wszedłem z rzuconym na wszelki wypadek „Pochwalony!” i stanąłem zdziwiony. Za stołem siedział obcy ksiądz. Przypominał zmęczonego patyczaka.

– Gdzie Buba? – zapytałem go niezbyt elegancko.

– Wyjechał. Teraz ja tu jestem. Stanisław Kukiełka – przedstawił się zakonnik nie wstając. Pewnie uznał, że skoro ja niegrzecznie, to on też. To przypomniało mi, że dobre maniery obowiązują zawsze.

– Zbigniew Linert. Jestem inżynierem. Nadzór budowy – przedstawiłem się pospiesznie. – Przyjechałem na odbiór – wyjaśniłem.

– Dobrze – odpowiedział Kukiełka. – Skończmy to jakoś – westchnął i poprowadził mnie na zewnątrz.

– A gdzie Buba? – ponowiłem pytanie.

– Za mało się modlił, a za dużo kombinował – uciął Stanisław i zaciągnął mocniej pas sutanny.

Był mało rozmowny i bardzo rzeczowy. Niewiele mogłem się od niego dowiedzieć. Powędrowałem więc do gadatliwego Pysza.

– A, panie! – zacmokał dziadek. – Za granicę go wyrzucili. Bo niby dziecko zrobił takiej jednej z Koniakowa. Ja tam nie wierzę, bo ona brzydka jak noc. Ale wyrzucili. Wyjechał migiem i tyle go było w Lalikach.

Zdziwiłem się, ponieważ nigdy nie widziałem Buby z żadną dziewczyną. Ksiądz nie wydawał się też nikim zainteresowany. Nawet nie miał gosposi. Całe tłumaczenie uznałem za wyssane z palca. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć mi nic innego. Miejscowi co najwyżej zmyślali coraz to dziwaczniejsze uzasadnienia.

Pojechałem więc do kurii. Tam kazano mi odczepić się od sprawy i pilnować własnego nosa.

– Sprawy kościoła to nie sprawy świeckie – pogroził mi ksiądz, którego przesłuchiwałem na okoliczność zniknięcia proboszcza z Lalik. – Uważaj chłopcze, bo ci łeb urwie, jak go wsadzisz, gdzie nie trzeba! – dodał tak zajadle, że się przestraszyłem.

Machnąłem ręką i dałem spokój. Z Bubą czy bez, budowę ukończyłem. Podpisałem dokumenty odbioru technicznego i wyjechałem z Lalik, gdy tylko zaczął sypać pierwszy śnieg.

Nadeszło Boże Narodzenie. W Wigilię, najedzony maminym karpiem i sałatką jarzynową, wracałem do siebie przez przypominające bezy zaspy. Śnieg sypał gęsto i było tak mroźnie, że mimo skórzanych rękawic zgrabiały mi dłonie, a schowane w kozakach palce u stóp aż paliły. Kiedy uszczęśliwiony dotarciem do swojego bloku otworzyłem w końcu drzwi od klatki, niemalże nie czułem nosa. Stanąłem na moment w przedsionku, a ciepłe powietrze w korytarzu zdawało się palić moje policzki. Pachniało kapustą i zimnymi ogniami.

Odruchowo spojrzałem na skrzynkę pocztową, nie pamiętając, że podczas Wigilii listonosz nie chodzi. W mojej przegródce tkwił list. Sięgnąłem po niego, zaciekawiony, skąd się tu wziął i kto go napisał. Jednym ruchem otworzyłem wymiętą kopertę. W środku czekała na mnie karta pocztowa. Na jej froncie nadrukowano typową scenkę bożonarodzeniową, z choinką i kolędnikami. Turoń trzymał w łapie brokatową gwiazdę. Nie poświęcając więcej uwagi pokrywającej pocztówkę sztuce szybko obróciłem kartkę i natomiast zacząłem szukać wzrokiem nadawcy. „Michał Buba” odczytałem zanim zabrałem się za tekst.

„Drogi Zbyszku!” pisał ksiądz. „Wyjechałem z Lalik na Litwę. Odesłał mnie mój przełożony. Nie mógł ścierpieć tych spraw z halnym, ale wiele by pisać” kończył temat swojego konfliktu z kurią. „Laliki są przeklęte” kontynuował. „Wiatr chce je zniszczyć, oczyścić wzgórze, nie pozostawić po wsi śladu. Mnie bronić tego miejsca nie pozwolono, bo to nie po chrześcijańsku. Nie rozumieją, że to konieczność, a nie rozrywka. Nie dotarłem do parafii przeznaczenia. Gdzie jestem? Nieistotne. Szukam pomocy u mocniejszych niż ja. Wrócę, aby dokończyć sprawę z wiatrem, kiedy się dowiem, co i jak. Tymczasem przejmij dzieło moje. Broń Lalik. Zostawiam ci medalik – noś go, będzie Cię chronił. Bez niego zginiesz, i ty, i wieś. Twój szczerze oddany. Michał Buba”.

Przeczytałem wiadomość trzy razy, zanim mniej więcej pojąłem, o czym jest mowa. „Talizman!” zrozumiałem znaczenie przywieszki do różańca Buby. Potrząsnąłem kopertą. Na moją dłoń wypadł z niej mały medalik na cienkim łańcuszku. Przedstawiał Matkę Boską. Postać stała, otoczona gwiazdami, a nad jej głową unosił się księżyc i słońce. Przypominała wizerunek Pani Świat, który widziałem na kartach tarota mojej babki.

Poszedłem do mieszkania i zrobiłem sobie herbatę z cytryną. Usiadłem w fotelu i postanowiłem porządnie się zastanowić, przez co najmniej godzinę. Jednak myślenia nie było na aż tak długo.

– I co niby miałbym zrobić? – zapytałem samego siebie po trzech minutach.

No co? Jechać tam? Mieszkać? Rzucić wszystko w diabły dla jakiejś dziwacznej opowieści? Wzruszyłem ramionami i pokręciłem głową. „Nie ma mowy!”.

Kartkę wsadziłem między książki, a medalik wrzuciłem do słoja z guzikami. Po kilku miesiącach zapomniałem. O Lalikach. O Bubie i jego dziwnych opowieściach. I o wietrze.

W Beskidach postawiłem kilkanaście kościołów. Sukces Lalik zmotywował okoliczne parafie, jeździłem więc od wsi do wsi, sprawdzając, mierząc i weryfikując zgodność z planami budowy. Wysłuchałem wielu opowieści o wietrze i żywiących się nim złowieszczych istotach. Z czasem przywykłem do góralskiej fantazji, a relacje o dwugłowych cielętach i deszczu pstrągów podczas halnego zacząłem traktować jak niegroźne bajdurzenie. W Beskidach wieje na okrągło, w końcu więc przywykłem. I wtedy, o ironio, halny dopadł i mnie.

Dwa lata po spotkaniu z Bubą rozpocząłem budowę kościoła w Pańskiej Łące, niedaleko Lalik. Była to duża inwestycja, w wyniku której powstać miał kościół na wzór Jasnej Góry. Odpowiadałem za przeliczenia nośności konstrukcji i nadzór nad przestrzeganiem wyznaczonych przeze prawo norm. Dumny z tak prestiżowego zadania, przeniosłem się do Łąki, aby pilnować postępu prac na miejscu.

Zanim powolne jak kraby koparki zabrały się za wygryzanie dołów pod fundamenty, przystąpiłem do przeliczania konstrukcji. Moim celem było wyznaczenie takiej grubości nośnych ścian i stropów, aby nawet najtęższy wiatr i ciężar organów nie powaliły kościoła.

Jak zwykle ostrożny, przeprowadziłem kalkulację dwa razy. Wyniki pośrednie zapisywałem moim cennym ołówkiem milimetrowym na zwojach papieru, nazywanych przeze mnie arkuszami pomocniczymi. Pozwalały mi sprawdzić spójność rozumowania i ewentualnie powrócić do obliczeń w razie jakichkolwiek problemów na budowie.

Kiedy siedziałem pochylony nad arkuszami, usłyszałem wiatr. Dmuchnął i trzasnął oknem. Wstałem, aby je zamknąć i wyjrzałem na zewnątrz. W oddali czubki smreków niemalże czesały trawę. „Oj, duje. Zaraz będzie we wsi!” pomyślałem jak miejscowy i wróciłem do pracy. Szła mi powoli i mozolnie, ale nie poddawałem się. Około północy poszedłem spać. Halny dobijał się do drzwi, ale go zignorowałem.

Z rana na podstawie arkuszy pomocniczych wypełniłem zestawienie główne, a kilka tygodni później ruszyliśmy z budową. Mury wspinały się coraz wyżej i wyżej w szaleńczym tempie. Nigdy nie widziałem takiej ofensywy budowlańców. Robota paliła im się w rękach. Cegła za cegłą układali ściany, lali beton na legary. Byłem zachwycony. Czułem w sobie moc stwórcy.

Kiedy wylano ostatnie piętro, dumnie zatknąłem na nim wiechę. Nad najwyższym stropem miała się wznieść drewniana więźba kościelnej wieży. Zszedłem na dół po drabinie i zerknąłem w górę. Za budynkiem znikały pędzące chmury. Widząc ich paniczną ucieczkę, poczułem niepokój. W górze wiało, ale przy ziemi nic nie czułem. Umykające baranki wskazywały, że coś się święci.

Postanowiłem mimo to powiedzieć coś eleganckiego do mojej ekipy. Odwróciłem się i uśmiechnąłem, aby dodać sobie animuszu. Nie zdążyłem nawet otworzyć ust, gdy usłyszałem tępy zgrzyt, a za moment następny. Natychmiast odwróciłem się na pięcie w stronę budynku i zobaczyłem dokładnie to, czego się obawiałem: wzdłuż głównej ściany biegły dwa potężne pęknięcia.

Pół biedy, gdyby dotyczyły tylko tynku. Widziałem jednak wyraźnie, że sięgały głębiej. „To się zaraz rozejdzie” pomyślałem i dokładnie tak się stało. Szpary zaczęły się powoli rozwierać pod ciężarem stropu. Było to i piękne i straszliwe zarazem.

– Podpierać! Podpierać! – wrzasnąłem, chociaż wiedziałem, że jest już za późno.

Murarze, zamiast ratować, rzucili się przytomnie do tyłu, a ja stałem i patrzyłem jak urzeczony, oczekując kulminacyjnego momentu. Nastąpił nagle. Z potężnym hukiem szczeliny rozwarły się jakby chciały mnie pochłonąć. Konstrukcja jęknęła niczym zmęczony atleta, szczytowy strop zakołysał się, przez chwilę próbował jeszcze utrzymać równowagę, a następnie runął w dół, wyrzucając w niebo grad betonowych odłamków i miażdżąc ściany. Cudem uszedłem z życiem.

Stałem przy ruinach przez dobrą godzinę, obsypany białym pyłem i patrzyłem, po prostu gapiłem się na rumowisko. To, co się stało, wydawało się snem. Miejscowi kręcili się wokół budowy, wpadł na moment ksiądz z Pańskiej Łąki, a ja stałem, milczałem i nie wierzyłem. Otrząsnąłem się dopiero pod wieczór.

– Idę posprawdzać – oznajmiłem wiernej publiczności i na sztywnych nogach odszedłem.

Pognałem na kwaterę i wyjąłem z szafki obie kopie obliczeń. Poszedłem do łazienki, obmyłem twarz zimną wodą i nakazałem sobie koncentrację. Zasiadłem za stołem i zacząłem sprawdzanie, od kompletnych podstaw, linia po linii. Kwestionowałem każdy zapis, ale wszystko wyglądało prawidłowo. Każda cyfra doskonale pasowała do poprzedniej. Sprawdziłem to kilkukrotnie. „Jeżeli gdzieś jest błąd, to w obliczeniach pomocniczych!” uznałem.

Arkusze z nimi znalazłem tam, gdzie je odłożyłem. Leżały spięte gumką w szufladzie. Rozwinąłem, strzepnąłem je, pogładziłem ręką. Spojrzałem i krzyknąłem. Moje obliczenia były zmazane, jakby ktoś zalał cyfry celowo mlekiem, a w ich miejsce wpisał inne. Błędne. Bzdurne. Ja tego nie zrobiłem. Ja tylko przepisałem błędy, a potem budowałem.

Zawirowało mi w głowie. Na wpół przytomny wszedłem do łazienki i zwymiotowałem. Wypłukałem usta zimną wodą i spojrzałem w lustro. Zobaczyłem w nim obraz nędzy i rozpaczy.

– Ciesz się, że żyjesz, a nie leżysz pod swoim cholernym kościołem! – powiedziałem do siebie i zacząłem się pakować.

Halny być może skompromitował mnie, ale nie zdołał zabić. Byłem na niego odporny, tak jak Buba. Po tym zajściu zrozumiałem, że nie mogę dłużej ignorować kartki od księdza, medalika, wiatru. Wyraźnie mnie prowokował, podjąłem więc wyzwanie.

Rzuciłem pracę w biurze projektów. Spakowałem swoje rzeczy, zawiesiłem na szyi medalik Buby i zawitałem do Lalik na stałe.