Za firewallem

„Za firewallem” opisuje trzy miesiące z życia korporacji teleinformatycznej. Przedstawieni w książce bohaterowie, zaangażowani w niezwykle ważny projekt, próbują ukończyć go na czas, pomimo wielu przeciwności. Książka pokazuje realia pracy w branży IT, w której autorka przepracowała przeszło dziesięć lat.

Większość ludzi wie, kim są informatycy. To odziane w niemodne swetry osobniki, generujące problemy. Można na nich pomstować, ale też trochę trzeba się ich bać, ponieważ dysponują tajemną wiedzą. „Za firewallem” próbuje odczarować świat programistów, pokazując ich codzienne problemy, kłopoty osobiste, fobie i przesądy.

Fragment książki



Książka dostępna w sklepie! 





Opinie




Zobacz recenzje

Fragment


Od dzisiaj w biurze nie przeklinamy. Tak zarządził Kreska, nasz menedżer liniowy. Jest chudy jak szczapa, stąd jego ksywka. Jest chudy, ponieważ stanowczo za dużo pali. Jest też niegroźny dla otoczenia, ponieważ przez większość czasu zajmuje się swoimi gadżetami. Albo ich szuka, albo z nich korzysta.

Kreska jest słusznie wyposażony, jak na menedżera przystało. Na jego zaśmieconym resztkami różnorodnych posiłków biurku stoi potężny komputer. Maszyna ta – Pramatka – nigdy nie opuszcza biura. Pełni rolę komputera zapasowego, na którym Kreska przechowuje kopię dosłownie wszystkiego, co da się skopiować. Sporo czasu poświęca na synchronizowanie zawartości komputera przenośnego i smartfonów z zawartością Pramatki. Komputer jest oczywiście chroniony przeróżnymi hasłami, a zawartość jego dysku została zaszyfrowana. Jeżeli Kreskę potrąci ze skutkiem śmiertelnym samochód, będzie to tragedia nie tylko w wymiarze duchowym. Pramatki nie uruchomi nikt.

Drugim gadżetem naszego liniowego jest komputer przenośny. To małe cudeńko, o starczającej na cztery godziny pracy superbaterii, jest fetyszem Kreski. Nigdy nie zostawia go w samochodzie, a jedząc lunch w restauracji, trzyma go na kolanach. Zdarza się, że ktoś z nas biega z laptopem pod pachą, ale nie Kreska. Zawsze wkłada komputer do wzmocnionej torby, aby chronić go przed uszkodzeniami mechanicznymi. Nie wspominając o zabezpieczeniach logicznych. Podobnie jak w przypadku Pramatki nagła amnezja Kreski spowoduje, że nigdy nie obejrzymy zawartości dysku cennego komputera.

Tych dwóch rzeczy Kreska nigdy nie musi szukać, ponieważ pilnuje ich jak oka w głowie. Za to bezustannie gubi telefony. Ma ich aż cztery i notorycznie porzuca je w toalecie, w księgowości czy u Generała. Zdarza się, że zostawia je na naszych biurkach. Regularnie wypoczywają na skórzanym siedzeniu w jego służbowym samochodzie, podczas gdy Kreska biega po biurze w poszukiwaniu zguby.

Kiedyś, zdenerwowany kolejnymi próbami odnalezienia komórek, zamówił dla siebie drugi komplet telefonów. Stąd, jak już zostało wspomniane, ma ich w sumie cztery. Dwa komórkowe i dwa stacjonarne, ale bezprzewodowe. Uniezależniony od kabli Kreska może całymi dniami wędrować wokół budynku, palić papierosy i tłumaczyć się z tego, co zrobiliśmy źle, jak również z tego, czego nie zrobiliśmy w ogóle. Spaceruje pomiędzy minimalistycznymi klombami, czasem potykając się o wystające fragmenty bruku. Obcasy jego butów stukają wtedy raz szybciej, raz wolniej, w zależności od tego, jak bardzo niekorzystny obrót przybiera rozmowa.

Dzisiaj Kreska nie spaceruje. Jest w środku. Rozpoczyna się ostatnia faza gigantycznego projektu, w którym tkwimy już od trzech lat. Nazywamy go Miazgą (bo to właśnie robi z nas praca nad tym zadaniem). Projekt jest prestiżowym zleceniem o strategicznym znaczeniu dla całego państwa polskiego, jak i jego narodu. Mamy trzy miesiące, aby dokończyć budowę systemu, przetestować go i dostarczyć. Przed nami ostatni etap. Odnosząc się do porównań z poprzedniego rozdziału, to tak, jakbyśmy wylewali strop najwyższego piętra. Kluczowym pytaniem, decydującym o naszym być albo nie być, jest to, czy cała konstrukcja nie złoży się pod jego ciężarem jak domek z kart. Jeżeli damy teraz ciała, polecą głowy. Waga tego superzlecenia nie zwalnia nas jednak z obowiązku zadowolenia pomniejszych klientów. Musimy działać na kilku frontach z takim samym zaangażowaniem.

Kreska stoi przed Grafikiem, czyli tablicą korkową o rozmiarach boiska, do której poprzypinane są kartki z naszymi imionami. Zielone. Niczym kolor nadziei. Tylko Cindy ma różową, w nawiązaniu niby do koloru namiętności.

Liniowy przesuwa nasze imiona po tablicy. Robi tak co kwartał. Próbuje zaplanować pracę. Gryzie przy tym ołówek i mruczy coś do siebie. Kiedyś popalał podczas sesji z Grafikiem elektroniczne papierosy. Po kłótni z Jaśkiem już tego nie robi.

– Ten dym jest tak samo rakotwórczy jak ze zwykłego śmierdzącego peta! – awanturował się Jasiek.

Sprawa oparła się o samego Generała. Zakazał e-papierosów w całej Wytwórni. Kreska ssie teraz gorzką gumkę i mruczy.

– Pi pojedzie na wschód, Cindy ma szkolenie, potem Alex z Cindy do Torunia.

Mówi o nas jak o rzeczach. Nie mamy mu tego za złe. Kurtuazja jest całkowicie zbędna. Szkoda na to czasu.

Patrzymy przez okno. Pod nami siedem pięter. Miasto wygląda stąd jak koc piknikowy. Przez gigantyczne tafle szkła, którymi jesteśmy ogrodzeni niczym w kojcu, prawie nie przedostaje się słońce. Na dole spieszą się ludzie, trąbią samochody. Drzewa znacznie się już zazieleniły. Mamy kwiecień i będzie naprawdę dobrze, jeżeli dożyjemy czerwca.

Niektórzy dogadują coś Kresce, próbują zawalczyć o swoje, wykłócając się o miejsce na Grafiku. Niepotrzebnie. Będzie tak, jak zdecyduje liniowy. Starzy wyjadacze odchylają się na krzesłach. Czekają, aż Kreska skończy.

Oto my. Dział Realizacji Projektów. Crème de la crème, serce całej machiny. Reszta działów Wytwórni wpisuje się jedynie w tło. Godzimy się na nie, bo bywa pożyteczne.

Mówimy na siebie Szturmowcy. Zrealizujemy każde zlecenie. Taką mamy dewizę. Pytanie, na kiedy i za ile, pozostaje zawsze otwarte. Klient nigdy nie usłyszy od nas: „Nie da się”. Nie dać może się hełmu na lewą stronę założyć. Mówimy tak, kiedy chcemy być błyskotliwi. Kiedyś nasze hasło zawierało takie słowa jak „parasol”, „otwierać” i „dupa”. Nie teraz. Teraz już nie przeklinamy.

Jest nas razem pięćdziesięciu. To wystarczająca liczba, zważywszy, że każdy Szturmowiec to równoważnik dziesięciu przeciętniaków. Dziesięciu trzęsących się jak ratlerki amatorów programowania komputerów. Klepaczy SELECT-ów i cierpiących na bezsenność wielbicieli HTML. Mamy moc przerobową pięciuset ludzi. Pięćdziesięciu najlepszych programistów w Polsce. Same mózgi po ATH i zagranicznych stypendiach. Doborowa ekipa. Codziennie znajdujemy w skrzynkach po trzy oferty transferu do innych firm. Odrzucamy wszystkie.

Poza tęgimi mózgami, odważnymi sercami i graniczącą z głupotą wiarą we własne kompetencje mamy Generała. Hojnego, dostarczającego wszystko to, czego potrzeba nam do pracy. A także rzeczy, których nie potrzebujemy, ale za to są fajne, takich jak zapasowe monitory plazmowe, sprzęt grający, świecące na niebiesko myszy komputerowe, drukowane w dzieła sztuki podkładki do nich, bajeranckie pendrive’y, kubki termostatyczne, a także duże ilości pizzy i cuchnącej imbirem chińszczyzny. Oraz sushi. Mamy też świetną motywację. Nie stracić tej roboty. To najbardziej prestiżowa robota na rynku, najbardziej prestiżowa firma w branży i największe pieniądze. Poza tym wszystkim w Wytwórni jest fajny klimat.

Kreska właśnie skończył z Grafikiem. Wstajemy, podchodzimy. Patrzymy intensywnie, wyciągając szyje. Niektórzy robią zdjęcia telefonami komórkowymi.

Teraz się zacznie!





Książka dostępna w sklepie!