Zapomnij patrząc na słońce

Zapomnij patrząc na słońce

W świetle dnia każdy koszmar wydaje się mniej straszny. Jest po prostu chaotyczną kombinacją krwawych scen przemocy i śmierci, rozgrywających się w absurdalnych okolicznościach. Nie wiesz, co to za miejsca. Nie znasz ofiar. Śmiejesz się z głupiego snu.

A gdybyś mógł ich ocalić? Oszukać przeznaczenie, przeciąć katastrofalny splot wypadków, zapobiec cierpieniu, chorobie, samobójstwom. Zapomniałbyś, spokojnie patrząc na słońce?

Fragment książki



Książka dostępna w sklepie! 





Opinie




Zobacz recenzje

Fragment


– Dobry wieczór! – Kruk skłonił uprzejmie głowę. Błysnęło czarne jak bryłka węgla oko. Smutne niczym kopalniana hałda, na której nic więcej nie wyrośnie.

– Dobry wieczór! – odpowiedziała równie uprzejmie Hanka. Usiadła i poprawiła kołnierzyk piżamy. Różowy, z angielskim haftem. Obrębione grubą nicią dziurki układały się w kształty kwiatów. Niezwykle gustownie i wieczorowo.

– Co u ciebie? – zapytał ptak konwersacyjnym tonem i przeszedł kilka kroków po ramie łóżka. Trzymał się jej mocno pazurkami, trochę kalecząc sosnowe drewno. Ale inaczej byłby spadł.

– Nic szczególnego. – Hanka pociągnęła nosem i nasadziła sobie jasiek na głowę. Sterczał jak trójkątna czapka pajaca.

– Ech, życie – żachnął się nie wiedzieć czemu kruk. Potarł kilkukrotnie dziobem o kant wezgłowia. Zeskoczył na kołdrę i bijąc skrzydłami dla utrzymania równowagi na jej wybojach, podszedł do Hanki. Wskoczył jej na ramię i zagrzebał dziobem we włosach. Doszperawszy się gumki, złapał ją mocno i ściągnął z kucyka. Bardzo lubił ozdoby do włosów. Zwłaszcza kolorowe frotki.

Przez chwilę milczał, zajęty rozszarpywaniem gumki na strzępki. Gdy skończył, rozgrabił je łapkami i wskoczył na wezgłowie. Przeszedł kilka kroków w lewo, a potem kilka w prawo. Potrząsnął głową i rozciągnął przypominające błony pławne skrzydła. Zastygł tak na moment, aby po chwili z łopotem zwinąć się w kulkę.

– No i co? Dziobiemy? – zapytał w końcu.

– Nie, nie dziob mnie – poprosiła Hanka. – Mam czyste paznokcie! – Na dowód wyciągnęła przed siebie dłoń.

– A uszy? – Kruk nie dawał za wygraną.

– Uszy myłam wczoraj.

– A nos?

– Nie mam kataru.

– Nic do wydziobania?

– Absolutnie nic! – Hanka położyła dłoń na sercu.

– No to odfruwamy? – upewnił się ptak.

– Tak – potwierdziła Hanka.

Pofrunęli. Lecieli długo, tak długo, że Hance zrobiło się zimno, a jej plecy pokryły się gęsią skórką. Zaczęła kichać. W końcu zobaczyli w dole wodę.

– Tu się zatrzymamy – powiedział kruk i obniżył lot, a za nim Hanka, jakby uwiązana na niewidzialnej smyczy.

Ptak wylądował na brzegu basenu. Zbiornik miał ostre, prostopadłe brzegi. Śliskie od glonów i drapiące od pąkli. Gdzieniegdzie, na pogrążonych w mętnej wodzie ścianach połyskiwały białe kafle. Hance basen wcale, a wcale się nie podobał.

– Chcę lecieć dalej! – Nadąsała się i tupnęła bosą nogą.

– Nie ty tu decydujesz! – uciął ptak. Trzepnął skrzydłami, podskoczył i dziobnął ją mocno w głowę. We włosach pojawił się koralik krwi. Hanka zrozumiała. Żadnych „ale”.

Usiadła na podeście. Chciało się jej płakać. Miejsce dziobnięcia szczypało. Hanka pochyliła się nad rtęciową powierzchnią, aby sprawdzić, czy rana mocno krwawi. Niebo odbijało się w wodzie jak w lustrze.

Pomimo blasku, przy dnie zauważyła ryby. Ogromne jak liście łopianu. Poruszały się wolno, wyginając ciała. Błyskały łuski.

– O, płaszczki! – ucieszyła się dziewczynka i zapomniała o dziobniętej głowie. – To znaczy ogończe, widziałam takie w telewizji. Ogończe! – oznajmiła dumna i blada, a kruk z uznaniem pokiwał głową.

– Tak, tak – potwierdził i zanurzył dziób w zbiorniku, aby się napić.

– Jak powiem o tym Agacie, nigdy mi nie uwierzy! – Hanka wstała i zaczęła biegać wzdłuż brzegu. – Prawdziwe ogończe! – piała z zachwytu. Ryby przewalały się w odmętach, od czasu do czasu prześlizgując się pod samą powierzchnią wody.

– Chcesz ich dotknąć? – zapytał ptak, niby uprzejmy i stroniący od przemocy. Hanka zrobiła się czujna. Przymilny ton zazwyczaj źle wróżył.

– Nie, to niebezpieczne! – Odskoczyła od brzegu i objęła się ramionami. – Widzisz te kolce? – Pokazała krukowi gestem wstęgowaty ogon przepływającej nieopodal płaszczki. – To nie dekoracja, ale śmiertelnie skuteczna broń. Pika. Jadowita pika. Jad zabija powoli i boleśnie. Tak mówili w telewizji. Na Discovery.

– Obawiam się, że musisz zaryzykować moja droga. – Kruk nagle zmienił ton. – Musisz je wyłowić!

– Czym mam je powyciągać? – Hanka rozejrzała się w poszukiwaniu wideł czy oszczepu. Nic takiego nie zauważyła. Otaczała ją pustka. Nie pustynia. Po prostu brak czegokolwiek. „Jak niczym łowić płaszczki?” – zastanawiała się dziewczynka. Kruk wydawał się jednak niezrażony brakiem sprzętu.

– Wyłowisz je „na rękę”. Stary sposób traperów – podpowiedział. – Wkładaj rękę do wody. One lubią ręce. Złapią cię za palce, to je powyciągasz. No, dalej! – ptak syknął niczym wąż i nastroszył pióra.

Przez chwilę Hanka miała ochotę się postawić. Złapać za wiotką szyję, zgiąć ją jak słomkę. Kruchy kręgosłup ptaka pstryknąłby niegłośno. Zamiast kruka satysfakcjonujący trup. To uczucie zniknęło niemal natychmiast. Nie było o czym dyskutować. Prosty wybór: albo ryba, albo dziobanie. Nie takie zwykłe, czyszczące, ale poważne. Do krwi, do kości. Ze strachu Hance zachciało się sikać. Już lepiej zaryzykować z płaszczkami.

Westchnąwszy podwinęła rękaw aż pod pachę. Uklęknęła i pochyliła się nad wodą. Wytarzane w pościeli włosy łaskotały jej twarz. Odsunęła je ramieniem, a potem zdecydowanym gestem zanurzyła dłoń, najpierw płytko, potem po łokieć. Woda była nijaka. Ani zimna, ani ciepła. Dziwne. Hankę przeraziło to mocniej niż lodowatość czy ukrop.

Ryby od razu zauważyły. Zaczęły krążyć, szybciej i szybciej, unosząc się znad dna i zbliżając do przynęty. Ostrożne, ale łakome, podpływały coraz bliżej. Widać było ich wyłupiaste oczy, niczym białka jaja, oślizgłe i wodniste. Od czasu do czasu błyskały białe brzuchy. Hanka zaczęła płakać.

Pierwsza ogończa wgryzła się w jej dłoń tak mocno, że popłynęła krew. W wodzie pojawiły się czerwone kłęby, po chwili rozgonione przez pobudzone zapachem mięsa ryby. Hanka wrzasnęła i wyrwała rękę z wody. Płaszczka nie puszczała, wżarta w ciało ostrymi, haczykowatymi zębami. Przeleciała nad głową dziewczynki, wciąż kąsając jej ciało. Puściła dopiero wtedy, gdy Hanka plasnęła nią o brzeg. Przez moment łopotała o wyłożony płytami skraj basenu, aby po chwili oklapnąć. Przypominała rozmoczony grzyb mun. Hanka zwymiotowała pod pobliski krzak.

– Dobrze, dobrze! – zakrakał kruk i podskoczył do martwej ogończy. Wydziobał rybie oczy i pożarł je ze smakiem. Równie chętnie konsumował tylko brud zza Hankowych paznokci i zaschnięte na beton strupki zrywane z jej bladych łydek. Dziewczynka przyglądała się mu z obrzydzeniem, ściskając nadgarstek. Krew powoli zastygała. Kruk dziobnął jeszcze nieco wymiocin i otrząsnął się ze wstrętem. Nie podeszły mu.

– Starczy? – zapytała Hanka w nadziei, że ptak się nasycił.

– Nie. Chcę jeszcze! – zażądał kruk. – Ręka do wody!

Hanka wyłowiła jeszcze cztery ryby. Trzecia wygryzła jej spory kawałek przedramienia. Ptak jednak nie ustępował.

– Jeszcze, jeszcze! – krakał i charczał, dziobiąc jej kostki, a Hanka łowiła dalej, bo obiecał, że jak się naje, przestanie ją dźgać i polecą do domu.

Płaszczki były teraz mniej ostrożne. Ich skrzela poruszały się prędko, jakby ryby dyszały z podniecenia. Krew stępiła ich instynkty. Nie bały się zbliżać do powierzchni, która aż falowała od ich pożądliwych ciał. Podwodna orgia. Otępiała z bólu dziewczynka nie zwracała na to uwagi. „Zje i do domu, zje i odlecimy” powtarzała sobie w duchu, zaciskając zęby. Kolejna ryba chwyciła, gdy tylko dziewczynka zanurzyła w wodzie palce.

– A! – krzyknęła Hanka, gdy poczuła wgryzające się do kości zęby ogończy.

Próbowała natychmiast wstać i wywlec zdobycz na brzeg. Ryba była jednak ogromna. Trzymała mocno, nie sposób było jej unieść. Zamiast poddać się jak poprzednie, zaczęła ciągnąć w głąb. Majtała ogonem, waliła płetwami i ciągnęła. Do dna, do dna.

– Pomóż mi! – zawołała Hanka do kruka, ale on wolał przyglądać się obojętnie. Hanka szarpnęła się w tył, poślizgnęła i runęła do basenu.

Woda zalała jej płuca. Ciśnienie rozsadzało głowę. Ale w basenie łatwiej było walczyć z ogończą. Hanka kopnęła ją mocno i ryba puściła jej dłoń. Dziewczynka wynurzyła się na moment.

– Pomóż mi wyjść! – krzyknęła do ptaka i chwyciła brzeg basenu. Próbowała zaprzeć się o niego, ale był śliski od glonów. Śliski jak tafla topiącego się lodu.

– Nie.

– Proszę, pomóż mi! – Hanka cały czas próbowała się wdrapać na obrzeże zbiornika. Ogończe kąsały jej nogi.

– Właź do wody i łap je! – zakrakał ptak i dziobnął Hankę w głowę. Oszołomiona dziewczynka puściła się i poszła na dno.

Tam zajęły się nią ryby. Zdarły z niej piżamę. Dźgały ją swoimi ogonami. Wygryzały miękkie części brzucha i ud. Hanka krzyczała, a woda wlewała się jej do ust. Od czasu do czasu udawało jej się wynurzyć i złapać oddech. Kiedy wypływała, słyszała kruka. Powtarzał niedorzeczny wierszyk.

Woda głęboka sięga pod pachy

A pod powierzchnią czają się strachy

Cało nie wyjdziesz z zielonej toni

Kolec jadowy w niej cię dogoni

Kruk powtarzał rymowankę i gdy tylko Hanka zanadto zbliżała się do brzegu, wskakiwał jej na głowę i wpychał dziewczynkę pod wodę. Hanka opadała z sił, a ryby dźgały ją i podgryzały z każdej strony. „Ostatni raz” postanowiła i z całej siły odbiła się od dna. Jej głowa na moment wyskoczyła nad powierzchnię. Jak boja.

– Tato, tato! – zawołała Hanka i zatonęła.





Książka dostępna w sklepie!